**Dziennik, 15 stycznia**
Moja teściowa, Jadwiga Nowak, od lat żyje sama. Rozstanie z ojcem mojego męża było trudne, a ona wychowała syna w pojedynkę. Męskiego towarzystwa nie brakowało — zawsze była kobietą z charakterem — ale za mąż już nie wyszła. Mówiła, że bała się, by jej syn nie cierpiał przez przybranego ojca. Z jej temperamentem na pewno by na to nie pozwoliła. Cała młodość upłynęła jej na pracy i wychowaniu dziecka. O randkach nie było mowy — myślała tylko, jak zapewnić synowi dobry byt, zwłaszcza że były mąż nie tylko nie płacił alimentów, ale nawet grosza nie dał.
I trzeba przyznać — świetnie sobie poradziła. Mój mąż, Krzysztof, to odpowiedzialny, troskliwy człowiek, i wiem, że to jej zasługa.
Ale syn dorósł, ożenił się, urodziła się nam córeczka Zosia, a Jadwiga zyskała nowy cel — wnuczkę. Uwielbia się nią zajmować: spacerują po parku, pieką racuchy, czytają bajki. Żyj i ciesz się, myślałem. A jednak — w jej życiu coś się zmieniło, i to tak niespodziewanie, że do dziś nie mogę ochłonąć.
Przed świętami poznała mężczyznę. Przypadkiem, w kolejce w centrum handlowym w centrum Krakowa. Zamienili kilka słów, wymienili numery i zaczęło się. On, Stanisław Kowalski, emerytowany major, także po rozwodzie, mieszka sam. Jak mówi teściowa, mają tyle wspólnego, że to po prostu los. Oboje kochają stare polskie komedie, spacery nad Wisłą, czytają te same książki. Nawet herbatę piją tak samo — bez cukru, z cytryną. Jak z romantycznej powieści!
Ale jest jeden problem: Stanisław ciągle zaprasza ją na randkę. My z żoną pracujemy do późna, a Zosia zostaje głównie z babcią. Zabierać dziecko na romantyczną kolację? No co wy. Więc wczoraj dzwoni do mnie Jadwiga, a ja ledwo nie zakrztusiłem się kawą: „Krzysiu, możesz dziś posiedzieć z Zosią? Ja… na chwilę wyjdę, na spotkanie”.
Przyznaję, ledwo powstrzymałem śmiech. Randka? W jej wieku? Ma już ponad pięćdziesiątkę, a zachowuje się jak nastolatka — ma iść do kawiarni, potem na wystawę do Muzeum Narodowego! Zaproponowałem: „Niech Stanisław przyjdzie do was, wypijecie herbatę, Zosia będzie pod opieką”. Ale nie, Jadwiga się uparła: „To nie to samo, Krzysztofie. To ma być prawdziwa randka, ze spacerem, z rozmową przy księżycu”. Jakby życie nagle stało się telenowelą!
Musiałem wyjść wcześniej z pracy. Szef patrzył na mnie jak na wariata, ale pozwolił. I teraz siedzę i myślę: to nie będzie jednorazowa sytuacja. Po błysku w oczach teściowej, gdy mówi o Stanisławie, widać, że to dopiero początek. Już czuję, że wkrótce będę brał urlop albo szukał żłobka dla Zosi. Bo wygląda na to, że to poważne. Nawet rzuciła, że Stanisław jest „poważnym człowiekiem” i kto wie, czy nie skończy się to ślubem. Ślub! W jej wieku!
Nie mówię, że każdy zasługuje na szczęście. Ale czy ono musi wiązać się z mężczyzną? Czy nie wystarczą wnuki, ich śmiech, ich małe radości? A może się mylę? Może miłość nie ma wieku, a nawet na emeryturze można spotkać tę jedyną osobę? Mimo wszystko trudno mi pojąć — teściowa, zawsze twardo stąpająca po ziemi, nagle zamieniła się w rozmarzoną dziewczynę.
Nie chcę jej urazić. Niech spróbuje, niech poczuje się znów młodo. Może to naprawdę los puka do jej drzwi w najmniej oczekiwanym momencie. Ale wciąż dręczy mnie pytanie: czy babcie powinny mieć życie osobiste? Czy ich miejsce to wyłącznie czytanie bajek wnukom i wieczory z drutami w ręku? Czy romantyzm ma prawo istnieć, gdy przekroczy się pięćdziesiątkę?



