Pamiętam to jak przez mgłę, jakby to było dawno temu, kiedy los rzucił nas w sam środek rodzinnych perypetii i nieporozumień, o których mówi się, że w polskich domach bywają najtrudniejsze do rozwiązania.
Wszystko zaczęło się po śmierci babci mojego męża, Pani Zofii. Dom we wsi pod Łodzią przypadł mężowi, Pawłowi, oraz jego siostrze, Małgorzacie. Dom był już wtedy wiekowy i wymagał pilnej odnowy, ale miał dwie oddzielne wejścia, więc teoretycznie mogły tam mieszkać dwie rodziny, dzieląc tylko wspólne podwórze i ogród za domem. Taki był podział, że każde skrzydło miało tyle samo izb.
Podział spadku odbył się, gdy już byłam żoną Pawła. Było spokojnie i zgodnie. Teściowa, Pani Stefania, nie chciała żadnych udziałów wolała gwar miejski i powiedziała dzieciom, żeby robiły z domem co chcą.
Paweł wraz ze szwagrem, Januszem, zebrali trochę pieniędzy i od razu zabrali się za naprawę dachu i wzmocnienie fundamentów. Mieliśmy z Pawłem nadzieję, że później pójdzie już z górki i rozpoczniemy generalny remont. Ale Małgorzata nie kryła swojej niechęci. Uważała, że to dom na kurzej łapce i nie zamierza inwestować w coś takiego. Janusz nigdy nie wdawał się z nią w kłótnie, spuścił tylko głowę i ustąpił.
My z Pawłem chcieliśmy tam zamieszkać wieś była niedaleko Łodzi, samochód stał pod domem, więc mogliśmy dojeżdżać do pracy, a już mieliśmy dosyć duszenia się w kawalerce w blokowisku. Budowa nowego domu od zera przewyższałaby mocno nasze możliwości. Dla Małgosi to miejsce miało być raczej na lato grill pod lipą, leżaki i odpoczynek. Dała nam wyraźnie do zrozumienia, że na poważnie się tym nie interesuje.
W ciągu czterech lat wyremontowaliśmy z Pawłem swoją połowę. Trzeba było wziąć kredyt, ale nie on był problemem. Zrobiliśmy łazienkę, założyliśmy centralne ogrzewanie, wymieniliśmy instalacje i okna, loggię odnowiliśmy do połysku. Praca była właściwie bez przerwy, ale mieliśmy przed oczami jeden cel i go nie porzuciliśmy.
W tym czasie Małgosia podróżowała raz nad Bałtyk, raz do Zakopanego, raz do Hiszpanii. Nie interesowało jej, co dzieje się z jej częścią domu. Ale gdy urodził się Franio, zatrzymała się na macierzyńskim i skończyły się wyjazdy. Dopiero wtedy przypomniała sobie o odziedziczonym domu. Z małym dzieckiem trudno siedzieć bez końca w mizernym mieszkaniu, a na wsi Franio mógłby biegać po podwórzu, do woli bawić się na świeżym powietrzu.
My już wtedy zamieszkaliśmy w swoim skrzydle i wynajęliśmy starą kawalerkę. Do jej połowy nawet nie zaglądaliśmy, ale przez te lata jej część zgniła do cna. Nie rozumiem, jak miała tam mieszkać bez ogrzewania; przyszła któregoś dnia z walizką, na miesiąc. Zaczęła prosić, by przenocować ją u nas choćby przez tydzień zgodziłam się.
Franio był bardzo żywym dzieckiem, Małgosia też nie przejmowała się nikim oprócz siebie. Nie szanowała domowników, hałasowała a ja pracowałam zdalnie, nie mogłam tego znieść. Na dwa tygodnie wyjechałam do przyjaciółki Ani i to jej było w sumie na rękę, bo mieszkanie nie stało puste.
Sprawy potoczyły się tak, że wróciłam po prawie miesiącu mama zachorowała i opiekowałam się nią przez tydzień. O Małgosi już praktycznie nie myślałam sądząc, że dawno się wyprowadziła.
Jakież było moje zdziwienie, widząc ją u nas, urządziła się, jakby to był jej dom. Zapytałam, kiedy zamierza wracać do siebie.
A gdzie mam iść? Mam dziecko, jest nam tu dobrze odparła Małgorzata.
Jutro zawieziemy cię do Łodzi powiedziałam z chłodem.
Nie chcę wracać do miasta.
Skoro nawet nie ruszyłaś z porządkami przez cały ten czas, wracaj do siebie. To nie hotel!
Jakim prawem mnie wyrzucasz? To też mój dom!
Twój dom to ten za ścianą. Idź tam.
Próbowała nastawić Janusza przeciwko mnie, ale i on stwierdził, że Małgosia przesadziła, rezydując u nas tyle czasu. Obraziła się i wyszła. Kilka godzin później zadzwoniła teściowa:
Nie miałaś prawa wyrzucić Małgosi to wciąż jej własność!
Mogła przecież zostać u siebie, tam jest gospodynią odpowiedział Paweł.
Przecież tam z dzieckiem nie da się mieszkać! Nie ma nawet ogrzewania, toaleta na podwórzu. Mogliście lepiej zadbać o rodzinę.
Na to Paweł aż się zagotował i wyjaśnił matce wszystko jak proponowaliśmy zrzutkę na wspólny remont, co by nam wyszło taniej, a Małgosia kategorycznie odmówiła. To czemu teraz pretensje do nas?
Wtedy zaproponowałam, żeby Małgosia odsprzedała swoją część mojej mamie. Odpowiedziała, ale zaproponowała sumę, za którą można by kupić piękny dom pod Warszawą. Na to też nie mogliśmy się zgodzić.
Od tego czasu relacje się popsuły teściowa wciąż obrażona, a Małgosia zjawia się rzadko, organizuje głośne przyjęcia, robi drobne złośliwości i dewastuje nasze podwórko.
W końcu zaczęliśmy stawiać ogrodzenie, by wytyczyć granice raz na zawsze. My już nie cofniemy się ani o krok tego przecież chciała Małgorzata.



