Z mężem byliśmy zdumieni, gdy nasza córka Jagoda oznajmiła nam, że wychodzi za mąż. Przecież dopiero co skończyła 18 lat. Przekonywanie Jagody, by jeszcze poczekała, okazało się zupełnie bezskuteczne jakby w śnie, gdzie słowa nie mają mocy.
Pewnej nocy, przy stole misternie przykrytym ceratą w kwiaty, babcia Jadwiga przepytywała Jagodę zza chmur dymu z suszonych ziół:
Jagódko, czy aby nie spodziewasz się dziecka?
Nie, babciu, odpowiedziała Jagoda, a jej głos jakby rozwiał się w powietrzu.
Wybranek Jagody był od niej starszy o dwa lata tyle co zima od jesieni. Rodzice narzeczonego pojawili się z wielkim bochnem chleba pod pachą, rozmawialiśmy długo, aż w końcu zapadło rozstrzygnięcie: wesele obejdzie się w naszym domu. Jagoda zaprotestowała, patrząc przez okno na kręcące się w śnie ślimaki.
To strasznie staroświeckie! Zróbmy coś nowoczesnego westchnęła, a jej oddech zamienił się w różowe bańki.
Spieraliśmy się, aż światło popołudnia rozlało się jak mleko po stole. Wreszcie zdecydowaliśmy się na przyjęcie w restauracji. I nie byle jakiej Jagoda wybrała najdroższą salę, gdzie sufity były wyłożone złoconymi piórami. My i przyszli teściowie nie byliśmy zadowoleni, lecz w tym śnie nasz sprzeciw brzmiał jak śpiew ptaków o zmierzchu.
Jagoda zaczęła łkać tak, jakby cała Warszawa płakała deszczem:
Przecież ślub bierze się tylko raz w życiu!
Wzięliśmy kredyt w złotówkach; tak samo postąpili rodzice przyszłego zięcia. Pierścionek z brylantem, o który prosiła Jagoda, lśnił jak gwiazda nad Wisłą. Razem z córką wybrałyśmy suknię białą jak śnieg na Mazurach.
Chciałam, byśmy pojechali do urzędu stanu cywilnego naszym wysłużonym polonezem, ale Jagoda była nieugięta.
Wynajmijcie coś większego, może jeepa!
Ojciec mówił, że to zbyt drogie, ale jego głos rozpływał się, jak echo w górach.
Bardzo mi zależy powiedziała tylko Jagoda, a jej spojrzenie było twardsze niż bursztyn z Bałtyku.
Tak więc wynajęliśmy jeepa, który zabrał nas przez kręte uliczki Krakowa. Gdy nadszedł dzień ślubu, czuliśmy się jak postaci z obrazów Chagalla zmęczeni i wyblakli, portfele puste, serca zmięte jak papierek po cukierku. Ceremonia pochłonęła mnóstwo złotych. Po pół roku Jagoda i jej mąż rozwiedli się, jakby wszystko było tylko widowiskiem tańczącym w sennym teatrze.
Okazało się, że Jagoda nie chce być żoną; miała do swojego męża setki pretensji, wyrzucanych jednym tchem.
Wspomniałam wtedy swoje własne wesele: miałam na sobie prostą bluzkę i spódnicę, a narzeczony czekał na mnie w urzędzie stanu cywilnego z bukietem goździków. Żyjemy razem już dwadzieścia lat, mamy dziecko. Żadne wystawne wesele nie buduje rodziny, to tylko cienie i ślady na piachu.
Nie mam nic przeciwko ślubom, lecz wszystko powinno mieć swój umiar. Mam nadzieję, że następnym razem Jagoda przebudzi się z tego snu roztropniejsza.


