Pewnej księżycowej nocy wróciłam do mieszkania w Łodzi. W korytarzu tańczyły cienie na ścianach, a ja weszłam wprost w wir chaosu moja córka pakowała do walizki swetry w wełnę, stare podręczniki, lakier do włosów i pożółkłe zdjęcia z wakacji nad Bałtykiem. Zrobiło mi się przezroczysto w brzuchu. Zapytałam przez mgłę:
Gdzie się wybierasz, Agato?
Agata spojrzała na mnie zagadkowym wzrokiem, jakby śniła na jawie.
Mamusiu, idę mieszkać z Szymonem. Dziś wszyscy tak robią.
Krzyknęłam cicho, bo w snach trudno o głos. Kim jest Szymon? Czy kiedykolwiek pojawił się na niedzielnym rosółku? Z czego będziecie żyć, dziewczyno? pytałam, a odpowiedzi były sennie rozmyte.
Mamo, mamy już XXI wiek. Jestem dorosła. Załatwię sobie wszystko, spokojnie.
Te słowa błądziły po pokoju, jak jesienne liście pod Mariacką. Bezsilność osiadła we mnie, jak czarna para w starych tramwajach. Obserwowałam przez zmglone szyby, jak Agata razem z tajemniczym chłopakiem znosi rzeczy do starego golfa, który wyglądał jakby mógł zaraz odjechać wprost do innego wymiaru. Westchnęłam. Dorosłe życie niech je poczuje. Na wszelki wypadek wymieniłam zamki drzwi. Może sen sprowadzi inny układ rzeczy.
Czas płynął, jak Wisła po wiosennych roztopach. Agata, znikła w swoim świecie. Aż pewnego ranka, telefon rozdzwonił się, jak dzwony Zygmunta w południe:
Mamo, zapłacisz za moją uczelnię?
Czułam gorycz, była jak niedoprawiona ogórkowa. Przyszła tylko po pieniądze, nawet nie zapytała, czy jeszcze oddycham.
Nie, Agato. Jesteś samodzielna, sama decydujesz o swoim życiu.
Zrobiło się lodowato po drugiej stronie słuchawki.
Ślicznie. Dzięki, mamo! Agata zamknęła rozmowę, jakby zakładała kłódkę.
Zamieniłam pokój po niej na biuro – stolik z Ikei, dwa krzesła, tylko łóżko zostało, jak echo dawnych snów. Może jeszcze wróci, gdy mgła opadnie.
Minęły dwa tygodnie, licząc od pełni do pustki. Wracałam z pracy pod pachą trzymając worek jabłek z bazaru. Przy wejściu Agata z walizkami, oczy zaczerwienione, koc w rękach. Wyglądała, jakby właśnie wróciła z podróży przez równoległe światy.
Dlaczego nie zadzwoniłaś, że wracasz do domu? spytałam.
Wstydziłam się Cieszysz się, mamo? – zapłakała Agata.
Chodź, serce, napijemy się malinowego kompotu.
W domu Agata rozpakowywała powoli swoje rzeczy. Nie było ekspresu do kawy. Okazało się, że został u mamy Szymona, jako opłata za łóżko i śniadanie z twarożkiem. Szymon, jak się okazało, miał lat trzydzieści i wcale nie spieszył się do brania odpowiedzialności za dziewczynę bez pracy i pieniędzy. Kiedy Agata zrozumiała, że nie zamierzam płacić za jej studia na uniwersytecie, próbowała poprosić Szymona. Ale ten pomykał przez życie swoim własnym rowerem, nie zważając na balast.
Czasami śnię i pytam się: co myślał Szymon, wpatrując się w moją zagubioną Agatę, razem z walizkami, domem i złudzeniem dorosłości?


