Mój związek z byłą żoną zakończył się na sali sądowej, choć dziś uważam, że nigdy w małżeństwie winny nie jest tylko jeden człowiek. Zawsze obie strony mają w tym swój udział.
Prawda jednak jest taka, że moja druga żona, Elżbieta, związała się w końcu z kimś innym. Jej wybrankiem okazał się zamożny przedsiębiorca, pan Andrzej, który przed laty przyjechał do Krakowa i otworzył tu małą kawiarnię nieopodal Rynku. Najpierw Elżbieta próbowała ukrywać swoją relację, lecz z czasem przestała się nawet kryć.
W końcu postawiła przede mną sprawę jasno oznajmiła, że składa pozew o rozwód i zamierza domagać się połowy naszego mieszkania. Spodziewała się, że wybuchnę złością albo zacznę się zamartwiać, ale dobrze wiedziała, że to lokum kupiłem sam za ciężko zarobione złotówki. Ona jedynie mieszkała tam przez dwa lata, nic do nieruchomości nie wnosząc. Mimo wszystko, teraz śmiała wysuwać swoje żądania.
Przyjąłem to z opanowaniem. Nie odwodziłem jej od decyzji o sądowym rozstrzygnięciu sprawy. Po cichu czekałem, aż przegra sprawę i będzie musiała ponieść koszty sądowe. Doświadczenia z pierwszą żoną, Marią, jeszcze świeżo tkwiły mi w pamięci. Wtedy proces sądowy toczył się przez ponad trzy lata żadnego porozumienia, jedynie awantury przy każdej rozprawie.
Maria w końcu dopięła swego wywalczyła połowę mojego majątku. Trafiła na znakomitą adwokatkę spod Poznania, dzięki której odebrała mi mieszkanie po moim ojcu.
Za drugim razem byłem już mądrzejszy. Kiedy poznałem Elżbietę, miałem lokum w Warszawie własnoręcznie wyremontowane, ale przepisane na mojego brata, Piotra. To jemu ufałem bezgranicznie. Przy rozwodzie wyszło na jaw, że formalnie nie posiadam nic. Po przejściach z pierwszym małżeństwem żadna kobieta nie mogła mnie już oszukać.
Dziś, patrząc na minione lata, wiem, że doświadczenie przychodzi z czasem. Mieszkanie w Warszawie pozostało w rodzinie, a ja mądrzejszy nauczyłem się, by nie ufać ślepo, lecz zawsze mieć swój rozum. Wojny na salach sądowych takie jak te moje z przeszłości tylko niszczą człowieka od środka.


