Mój tata zabronił mi brać córkę na ręce, bo uważa, że jestem dla niej zbyt łagodna. Niedawno moja córeczka zaczęła raczkować i za każdym razem, gdy wychodziłam z pokoju, podążała za mną, jakby prosiła, żebym ją przytuliła. Tata mówił, żebym jej nie rozpieszczała, sugerując, że nauczy się samodzielności, jeśli zostawię ją na podłodze. Ale nie potrafiłam się powstrzymać i ciągle ją brałam na ręce, a potem zaczynałam się zastanawiać, czy rzeczywiście nie jestem dla niej zbyt opiekuńcza.
Przyznaję, mam tendencję do bycia za łagodną wobec Małgosi głaszczę ją, gdy płacze, daję jej tak dużo czułości i staram się jej nie karcić. Może próbuję w ten sposób nadrobić to, czego sama nie doświadczyłam w dzieciństwie. Mama zmarła, gdy byłam jeszcze bardzo mała, a taty nie znałam wcale. Wychowywałam się w domu dziecka w Krakowie. Dopiero rodzina kuzyna, kiedy dowiedziała się o mojej sytuacji, zabrała mnie do siebie i dała mi drugi dom za co jestem im wdzięczna do dziś.
Na początku było ciężko. Mój przybrany tata był zamknięty w sobie, a mama bez przerwy pracowała, żeby utrzymać rodzinę, więc na czułości i rozmowy brakowało czasu. Wiedziałam, że mnie kochają, ale trudno było im to okazywać. Dlatego w głowie tworzyłam sobie własną opowieść wyobrażałam sobie świat, gdzie jestem kochana i wychwalana jak księżniczka władająca królestwem otwartym na miłość.
Dorastałam z ogromnym pragnieniem akceptacji i uczucia od innych, zwłaszcza w związkach. Każdy przejaw zainteresowania traktowałam jak wybawienie i przez pięć lat tkwiłam w relacji, która była szkodliwa, bo panicznie bałam się, że nigdzie indziej nie zaznam już bliskości. Mój mąż, Leszek, jest troskliwy i zna część mojej historii zawsze okazuje mi wsparcie, choć nie do końca wie, przez co przeszłam. Mimo tych wszystkich życiowych doświadczeń, nie jestem w stanie przestać okazywać Małgosi ogromnej miłości. Uważam, że zasługuje na wszystko, co najlepsze całą tę miłość, której mnie tak bardzo brakowało, kiedy sama byłam dzieckiem.



