Nigdy nie myślałam, że moja starość będzie pachniała środkiem dezynfekującym i letnią zupą.
Wyobrażałam sobie, że w wieku siedemdziesięciu lat będę mieć usta pomalowane na czerwono, tańczyć tango w niedziele na rynku w Krakowie, flirtować z emerytami z klubu seniora i pić kawę z drożdżówkami, rozmawiając o polityce albo piłce nożnej.
Ale nie.
Rzeczywistość postawiła mnie w domu opieki o poetyckiej nazwie Złote Lata, który ma więcej zamkniętych drzwi niż więzienie.
Mój syn przywiózł mnie we wtorek, zaraz po obiedzie.
Mamo, tutaj będzie ci lepiej powiedział tym swoim głosem baranka, który wie, że zaraz zrobi coś okropnego. Będziesz mieć towarzystwo, opiekę medyczną, zajęcia rekreacyjne
Ach, świetnie odparłam. To zostaw mi też swoją kartę kredytową, skoro już jesteśmy, i zorganizuję sobie rejs dla rekreacji.
Nie odpowiedział. Dał mi szybkiego całusa w policzek takiego, który daje się, gdy chce się uciec, zanim druga osoba zacznie cię obwiniać i wyszedł.
Zostałam sama, wpatrując się w biały sufit, z zapachem chloru wnikającym w skórę, myśląc, że jeśli to jest lepsze dla mnie, to wolę to gorsze.
Pierwsze dni były koszmarem. Nie mogłam spać: jedna z moich współlokatorek, Bronisława, chrapała, jakby miała traktor w piersi, a druga, Władysława, chowała wszystkim skarpetki żeby zobaczyć, czy ktoś je znajdzie, jakby to był eksperyment psychologiczny.
Ale się przyzwyczaiłam. Starych ludzi nie doceniają, a nie wiedzą, jak elastyczni potrafimy być, gdy nie mamy wyboru.
Ćwiczę jogę na krześle (choć wyglądam jak rozpadająca się origami), gram w bingo trzy razy w tygodniu i zaprzyjaźniłam się z bardzo sympatycznym panem, panem Henrykiem, który codziennie proponuje mi małżeństwo.
Pani Jadwigo, zrobilibyśmy piękną parę mówi, trzymając plastikowy kwiatek.
Oczywiście, Henryku, ale naj# blog
blog based on vuepress



