Mój syn długo błąkał się pośród szarych, warszawskich ulic, wypatrując wybranki godnej naśladować cichość zimowego wiatru w Alejach Ujazdowskich. Nie zadawałam pytań jego decyzje były jak dziwne sny o Orłach w koronie. Dopiero gdy przekroczył trzy dekady trzydzieści lat cichych codzienności w jego życiu pojawiła się Łucja. Była niczym świt nad Wisłą swojska, a jednocześnie zagadkowa. Mój syn nieustannie szeptał mi przy kuchennym stole, jakby Litwin rzucał zaklęcia, że Łucja jest piękna, jest łagodna, jest cała z migdałów i wosku świec. Oczarowała go niesamowicie.
Polubiłam ją lub może to się tylko śniło, że jadłyśmy razem ptysie z bitą śmietaną w kawiarnianym ogródku Starego Miasta. Ślub odbył się jak w onirycznej scenerii: dziwni sąsiedzi tańczyli obok babć w chustach, a moi znajomi przynieśli do stołu tyle pierogów, że kot Mieczysław gotów był zanurkować w jednym z nich. Rodzice Łucji również wydawali mi się znajomi, jakbyśmy już kiedyś razem wykonywali mazura. Miłość była wtedy łatwa.
Ale z upływem miesięcy czułam, że pod cienką warstwą lukru kryje się coś gorzkiego. Coraz częściej w snach widziałam syna samotnie brodzącego po krakowskich Plantach, z marynarką na ramieniu, chociaż był środek stycznia. Kłócili się z Łucją o błahe rzeczy o żurek bez kiełbasy, o rachunki za prąd płacone w złotówkach, o mruczenie kota. Wmawiałam sobie, że to tylko pierwszy rok i potem się skończy, jak nagła odwilż. Jednak niepokój gryzł mnie jak cmentarne gołębie.
Pewnej nocy czy to była jawa? syn zjawił się pod moimi drzwiami z walizką, w której oprócz ubrań schował marzenia. Twierdził, że Łucja wyrzuciła go z mieszkania przy ulicy Dobrej. Zamieszkał na kilka dni w moim szalonym śnie ja gotowałam mu barszcz, a on milczał, gapiąc się przez okno na tramwaje sunące w stronę Pragi. Łucja nie przyszła nawet po klucz, nie próbowała pogodzić się z losem.
Sytuacja powracała falami niczym refren zapomnianej pieśni.
Gdy Łucja wyznała, że spodziewa się dziecka, w mojej głowie zagrały hejnały z licznych wież Kościoła Mariackiego. Postanowiłam ich odwiedzić i podpowiedzieć kilka życiowych sztuczek takich, jakie podsuwały mi kiedyś moje własne ciotki. Chciałam dobrze, ale wszystko poplątałam. Kłótnie rozpleniły się jeszcze bardziej, a syn coraz częściej spał u mnie, jakby wracał do dzieciństwa. Jego twarz przygasła, rysy spochmurniały już nie przypominał tego szczęśliwego chłopca, który grał w klasy na podwórku. Zobaczyłam w jego oczach cień Żoliborza i słyszałam szum tęsknoty.
Nie byłam w stanie znieść tej przejmującej pustki. Poradziłam mu, aby dobrze się zastanowił może samotność jest lepsza niż tkwienie w burzy bez końca? Przewidywałam dla niego inną przyszłość: mógłby być ojcem na nową modłę podzielić opiekę i radość, zamieszkać osobno. Sugerowałam to, a on przyjął tę myśl jak własną. W kilka tygodni potem złożył w sądzie przy ulicy Marszałkowskiej papiery rozwodowe opłata wyniosła tyle, co kilka obiadów w barze mlecznym.
Niedługo potem Łucja zjawiła się w moim mieszkaniu, tłumiąc szloch pod szalikiem z pawimi oczkami. Prosiła, żeby przekonać syna, by wycofał papiery błagała o rodzinę, nie chciała, by wszystko przepadło. Wielokrotnie radziłam jej wcześniej, by dbała o domowe ognisko; sama teraz nie potrafiłam się już nie wtrącać, choć sąsiadki szeptały za drzwiami, że przesadzam.
Nie wiem, czy moje rady były dobre niczym świeża chałka, czy raczej zgorzkniałe jak niedopieczony sernik. Syn coraz bardziej oddala się ode mnie, a Łucja nie chce mnie nawet widzieć w swoich snach. Może wciąż się kochają, może ich serca ciągle biją dla siebie, tylko obijają się o ściany niewidzialnych mieszkań? Osobno źle, razem też nie najlepiej.
Patrzę przez sen na zgiełk ulicy, na warszawski neon pulsujący w półmroku, i nie wiem, czy cokolwiek jeszcze mogę odmienić.



