Mój starszy syn nie jest moim rodzonym dzieckiem, ale i tak uważam się za jego matkę.
W małym miasteczku, gdzie wszyscy się znają, życie toczy się swoim ustalonym rytmem. Pracy jest niewiele, a większość mieszkańców utrzymuje się z własnego gospodarstwa: jedni uprawiają warzywa, inni zajmują się rybołówstwem albo polowaniami.
Nasza rodzina nie była wyjątkiem. Pół hektara pola i dwadzieścia arów sadu, przy odpowiedniej pielęgnacji, nie tylko nas wykarmiły, ale i pozwoliły zarobić. Mój mąż lubił łowić ryby, a ja zajmowałam się zwierzętami i drobiem. Od najmłodszych lat uczyliśmy nasze dzieci pracy – każdy miał swoje obowiązki: jeden karmił kury, drugi plewił grządki.
Niedaleko mieszkała kobieta o imieniu Danuta. Jej płodność zdumiewała całe miasteczko – miała ponad dziesięcioro dzieci. Ale ani Danuta, ani jej mąż Tadeusz nie dbali o ich utrzymanie. Ich ziemia leżała odłogiem, a nawet gdy sąsiedzi próbowali ją dzierżawić, szybko rezygnowali przez wygórowane żądania właścicieli.
Danuta i Tadeusz utrzymywali się głównie z żebrania. Sąsiedzi, z litości, pomagali: jedni dawali wiadro ziemniaków, inni jajka, mięso lub owoce. Dzieci Danuty często przychodziły do nas, oferując pomoc w gospodarstwie w zamian za jedzenie. Ja też czasem z tego korzystałam.
Najbardziej zapamiętałam jej najstarszego syna – Jakuba. Zawsze starał się dobrze wykonać powierzoną mu pracę i nigdy nie odchodził od nas głodny.
Pewnego dnia Tadeusz przesadził z alkoholem i odszedł, zostawiając Danutę z dziećmi. Wydawało się, że zupełnie przestała się nimi interesować. Wójt wezwał opiekę społeczną i dzieci trafiły do domu dziecka.
Zabrano też Jakuba. Przywiązaliśmy się do tego chłopca, więc jego brak bardzo nas dotknął. Dowiedziałam się, gdzie jest ośrodek, i zaczęłam go odwiedzać parę razy w miesiącu. Po długich namysłach i rozmowach z mężem postanowiliśmy wziąć nad nim opiekę i zabrać go do nas.
Jakub nas znał, my znaliśmy jego, a z naszymi dziećmi dogadywał się świetnie. Więc jego pojawienie się w rodzinie przeszło bez większych problemów. Stał się naszym prawdziwym pomocnikiem w każdym zajęciu. Choć był starszy od reszty, nigdy się nie wywyższał – zawsze wspierał młodszych.
Czas płynął, dzieci dorastały, kończyły szkoły, jedne technikum, inne studia, zakładały własne rodziny i rozjechały się po Polsce. Jakub, po ukończeniu technikum, też wyjechał.
Dziś ma już ponad pięćdziesiąt lat. Ma wspaniałą rodzinę, dwoje dzieci, które uważamy za nasze wnuki. Od Jakuba zawsze bije ciepło i wdzięczność za to, co dla niego zrobiliśmy. Bardzo się cieszę, że kiedyś zdecydowaliśmy się zabrać go z domu dziecka.



