Przegadałyśmy wszystkie szczegóły i w końcu podjęłyśmy decyzję: wprowadzamy się razem! No bo, dlaczego nie? Spójrzcie tylko, ile zalet widniało przy naszym błyskotliwym pomyśle:
Jesteśmy samotne. Po sześćdziesiątce, to już nie taka bułka z masłem znaleźć sobie faceta, a jeśli już się trafi jakaś okazja, to zawsze można jakoś rozwiązać sprawę z mieszkaniem. Dzieci i wnuki rozrzucone po całej Polsce. Rodzina będzie tylko szczęśliwa, że babcie się nie nudzą i nie kiszą w domu w samotności. Kiedy byłyśmy młode, wynajmowałyśmy razem mieszkanie w Warszawie. Miałam wtedy małą córkę, ale jakoś dawałyśmy radę, chociaż charakterki mamy jak to Polki: konkretne. Nuda nam nie groziła razem sprzątałyśmy, gotowałyśmy, układałyśmy plan kulturalny, by nie przesiedzieć życia w czterech ścianach.
Stabilność finansowa. Wydatki podzielimy po połowie, a dochód z wynajmu mieszkania w Poznaniu to bonus. Wyjdziemy na tym na sporym plusie, może nawet wreszcie kupimy dobry sernik bez wyrzutów sumienia! Pełna opieka. Zachoruje jedna, druga jej zrobi herbatkę z lipy albo poda kocyk. Żyć, nie umierać!
Generalnie plusy same się mnożyły!
A rzeczywistość?
Pierwsza kłótnia pojawiła się przy wyborze mieszkania. Każda chciała zostać u siebie. Argumentów miałyśmy tyle, jakbyśmy startowały w debacie sejmowej. Ja bym już się wyprowadziła, no ale musiałam się odrobinę potargować, żeby nie pomyślała czasem, że zawsze będę odpuszczać.
Druga awantura: ilość rzeczy. Ustąpiłam, zaczęłam pakować manatki i przenosić się do Danusi (tak, do Danusi, bo tylko w Polsce spotkasz taką Danusię). A ona do mnie z pretensjami, że mam za dużo gratów, a gdzie to wszystko trzymać? A zostawiać w mieszkaniu, to wiadomo nie wiadomo, co to za najemcy.
Rozwiązałyśmy problem, wynajmując garaż pod Krakowem na talerze, żelazka i resztę bibelotów. Potem znalazłyśmy lokatorów i zaczęła się impreza! Na początku miałam wrażenie, że Danusia depcze moją przestrzeń życiową. Czułam się jak gość, ale potem dałam spokój.
Wspólne mieszkanie długo nie przetrwało o jakiej tu równości mowa? Danusia przyzwyczajona, że proszki do prania stoją tu, a ja tam. Musiałam się słuchać, bo to przecież jej mieszkanie, ona tu rządzi.
Nagle okazało się, że smakujemy różne rzeczy. Danusia uwielbia galaretę i kiszone ogórki, ja bym raczej pomarańczę nadgryzła, ale nie gadałam, bo zaufanie do jej kuchni miałam spore. Z czasem zapomniałam o swoich zachciankach. Inny problem jestem wrażliwa na hałasy przed snem, a Danusia uwielbia usypiać przy Teleexpressie. Ani stopery, ani poduszka na głowie nie pomagały.
Wszystkie te minusy skutecznie przesłoniły zalety. Próbowałyśmy to jakoś wytrzymać, szukać kompromisów. Ale potem nastąpił punkt kulminacyjny: zauważyłam, że Danusia aż drży ze złości na mój widok. Robię wszystko, czego chce, a tu wiecznie coś nie tak.
I przestała się do mnie odzywać! Dzień, drugi, tydzień Zastanawiałam się, czym mogłam jej podpaść. W końcu nie wytrzymałam poryczałam się jak bóbr. Danusia zaraz dołączyła do maratonu łez i przyznała, że w sumie nie wie, czemu się tak wkurza. I wtedy mnie olśniło: po prostu każdy musi mieć swoją chałupę, swoje zasady. Lepiej się widywać częściej niż mieszkać wspólnie.
Wypowiedziałyśmy umowę wynajmu, a nasza przyjaźń od razu odżyła. Fantastycznie być znowu na swoim!



