W życiu popełniłam kilka błędów, ale największy z nich ciągle mieszka tuż obok mnie i nie mam pojęcia, co dalej. Miałam 25 lat, kiedy wyszłam za mąż za chłopaka o imieniu Bartosz. Był ode mnie o dwa lata starszy. W tamtych chwilach wydawał mi się prawie jak książę na białym koniu.
Dawał mi niemal codziennie kwiaty, obdarowywał prezentami, nosił moje ciężkie torby, nie kłóciliśmy się, potrafiliśmy spokojnie rozwiązywać wszelkie problemy. Przed ślubem nigdy nie mieszkaliśmy razem. Ani ja, ani on nie byliśmy zwolennikami wspólnego życia przed ślubem uważaliśmy to za lekkomyślność. Podjęliśmy więc decyzję o małżeństwie. Mama i tata dali nam pieniądze na wesele, jednak kwota nie wystarczyłaby nam na zakup mieszkania. Nie chciałam wynajmować po co płacić komuś obcemu czynsz i ciągle się tłumaczyć, czy u nas jest wszystko w porządku? W końcu mama Bartosza zaproponowała, żebyśmy zamieszkali u niej. Miała dwa pokoje w swoim mieszkaniu w Warszawie, często się nudziła, było wystarczająco dużo miejsca. Czemu nie spróbować?
Zgodziłam się na to bez większych obaw. Mama Bartosza wydawała się miłą kobietą, szybko znalazłam z nią wspólny język. Ale już po ślubie, kiedy zamieszkałam u teściowej, poznałam prawdziwe oblicze mojego męża. Okazało się, że mama Bartosza wciąż widzi w nim małego chłopca. Gdy mieszkał z nią, w domu nie robił absolutnie nic. Do takiego stopnia, że mama prała mu majtki i skarpetki dorosłemu facetowi. Przyznacie, że to nie jest normalne.
Bartosz ograniczał się jedynie do pracy oraz własnych obowiązków. Nic dziwnego, że gdy zamieszkaliśmy razem, wszystkie domowe obowiązki spadły na mnie. Teraz musiałam gotować dla wszystkich, sprzątać, prać, prasować. Czy naprawdę tego potrzebowałam? Teściowa nie wtrącała się w moje sprawy, nie wchodziła do kuchni, gdy gotowałam, ale fakt, że ani nie chciała mi pomóc, sprawiał, że czułam się jak niewolnica w ich rodzinie.
Potem było tylko gorzej. Pewnego dnia zapaliło się gniazdko elektryczne, ugasiłam mały pożar. Gdy poprosiłam Bartosza, żeby wymienił gniazdko na nowe, dla niego było to zadanie na poziomie matematyki wyższej. Okazało się, że mój mąż nawet nie wiedział, jak zmienia się gniazdka. Co więcej, gdy trzeba było wymienić żarówkę w pokoju, wycofał się ze strachu i powiedział, że tego nie zrobi. Więc sama stanęłam na stołku i wymieniłam. Okazało się, że Bartosz nie potrafi zrobić kompletnie nic. Można by powiedzieć, że to żaden problem, ale on nawet nie chciał się niczego nauczyć. Po co się trudzić? Lepiej zadzwonić po fachowca i zapłacić. Tylko że Bartosz nie zarabiał milionów, by płacić innym za wszystko.
Najbardziej irytowało mnie, że teściowa wciąż traktowała go jak siedmioletniego chłopca, a on reagował cichym mamo.
-Bartosz, założyłeś skarpetki, zmieniłeś majtki? Bartosz, dobrze się wyszorowałeś? Słuchając takich rozmów miałam ochotę wyjść z pokoju. Przecież to dorosły mężczyzna, a mama pyta go, czy zmienił bieliznę.
Szczerze mówiąc, naprawdę mam ochotę się rozwieść. Ale co wtedy? Nie mam własnego mieszkania, pieniądze od rodziców już wydałam. Nie mogę tego dalej tolerować. Ile jeszcze mam wytrzymać tę niemotę?



