Mój mąż zawsze powtarzał, że nie jestem wystarczająco kobieca. Na początku rzucał to niby od niechcenia że gdybym tylko częściej się malowała, gdybym ubierała sukienki, gdybym była delikatniejsza. Ale ja nigdy taka nie byłam. Zawsze praktyczna, konkretna, raczej nieprzywiązana do wyglądu. Pracuję, rozwiązuję problemy, robię, co trzeba. Tak mnie poznał. Nigdy nie udawałam kogoś innego.
Z czasem jego uwagi zaczęły powtarzać się coraz częściej. Zaczął porównywać mnie do kobiet, które oglądaliśmy w internecie, do żon swoich kolegów, do koleżanek z pracy. Sugerował, że wyglądam bardziej jak kumpel niż jak żona. Ja go słuchałam, czasem się kłóciliśmy, ale życie płynęło dalej. Nie uznawałam tego za coś poważnego przecież w każdym związku są różnice.
Dzień, w którym chowałam ojca, wszystko przewrócił do góry nogami jak poranny sen pełen dziwacznych detali. Nic nie jadłam, nie spałam, umysł działał jak pod lodowcową wodą na rozlewiskach Wisły; myślałam tylko o tym, by jakoś przetrwać pogrzeb. Założyłam pierwszą czarną spódnicę, jaka rzuciła mi się w oczy w szafie, nie użyłam pudru, nie dotknęłam szminki, a włosy uczesałam najprościej jak można. Po prostu nie miałam siły na nic innego.
Tuż przed wyjściem z mieszkania mąż spojrzał na mnie przez zaparowane okno i powiedział:
Tak chcesz wyjść? Może chociaż troszkę się ogarniesz?
Nie dotarło do mnie od razu, co mówi. Szepnęłam mu, że nie obchodzi mnie, jak wyglądam przecież właśnie straciłam ojca. A on odpowiedział:
No tak, ale ludzie będą gadać. Wyglądasz na zaniedbaną.
Zawalił się wtedy we mnie jakiś sen zapadł się jakby zbyt cienka tafla lodu na jeziorze. Płuca miałam ciężkie, głos ugrzązł mi gdzieś między słowami.
Podczas ceremonii stał wśród innych, składał kondolencje, wyglądał poważnie, właściwie jak z innej bajki niż ja wtedy. Ale nie przytulał mnie za bardzo, nie dopytywał, jak się trzymam, nawet nie patrzył w oczy. Przechodząc obok wielkiego starego lustra w salonie u mamy, rzucił półgłosem, że mogłabym się bardziej zebrać, bo tata nie chciałby na mnie tak patrzeć.
Wieczorem, gdy wróciliśmy do mieszkania pachnącego płynem do mycia podłóg, zapytałam go, czy to naprawdę wszystko, co zauważył tego dnia. Czy nie widział, że jestem rozbita i rozmazana jak nieczytelny napis w deszczu. On stwierdził, żebym nie wyolbrzymiała, że przecież tylko mówi, co myśli że kobieta nie powinna się zaniedbywać nawet w takich okolicznościach.
Od tego momentu widzę go zupełnie inaczej niby te same rysy, ale z mglistym odcieniem chłodu.
Nie potrafię jednak go zostawić.
Czuję, że nie mogę bez niego oddychać, jakbyśmy śnili jeden nieskończony, dziwny sen.
Co byś powiedziała tej kobiecie, gdyby siedziała naprzeciwko?



