Małżonek nie chce oddać mieszkania córce
Śniło mi się tej nocy, że ciocia mojego męża, pani Jadwiga z Wrocławia, zostawiła mu stare mieszkanie w kamienicy w centrum miasta. Wszystko wokół było kolorowe, ściany falowały od światła przechodzącego przez witrażowe szyby, a zegary biły nie w swoim rytmie. Nasza rodzina była w tym śnie bardzo wyraźna mieszkaliśmy razem w dużym, rozświetlonym trzema pokojami mieszkaniu, a dzieci trójka: najstarsza córka Bogumiła, ma już dziewiętnaście lat i chodzi na Uniwersytet Wrocławski, Staś ma dwanaście lat i biega za motylami po korytarzu, a najmłodszy, pięcioletni Kazik skacze po kolorowych poduszkach jak żaba po sadzawce.
W dziwnym, nieco mglistym korytarzu nagle zaczęliśmy kłócić się o to odziedziczone mieszkanie. Powiedziałam do męża, Adama, że może Bogumiła, już dorosła, powinna tam zamieszkać, bo już czas na samodzielność, może przecież pozna kogoś ciekawego i założy swoją rodzinę.
Adam jednak zmienił się we śnie w upartą postać ze starego obrazu, z wąsem i błyszczącymi butami, i powiedział: Nie, nie można tak, bo Staś i Kazik poczują się pokrzywdzeni! Zasugerował, by sprzedać mieszkanie i pieniądze chyba około dwustu tysięcy złotych, bo tyle mi się w śnie przyśniło podzielić równo na trójkę dzieci. Ale mnie ten pomysł wydawał się jak z zakurzonego kapelusza co oni zrobią z tą kwotą? Nawet pączków na trzy lata nie starczy!
W surrealistycznej ciszy patrzyłam, jak pieniądze same wchodzą na konta dzieci, a Bogumiła chodzi w kółko po podwórku: kupi co najwyżej używanego malucha, a nie gniazdo własne. Powiedzenie lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu odbiło się głucho między ścianami mieszkania, w którym wszędzie czuć było stary olej po pierogach. Myślałam, że choć jedno z naszych dzieci może dostać stabilizację pod nogi, a dla synów coś się jeszcze wymyśli.
Adam zamieniał się w moim śnie w czarnego kota, ostrzegając, że jeśli Bogumiła dostanie mieszkanie, naruszy się równowaga i dzieci już nigdy nie będą się do siebie uśmiechać. Ja czułam, że przecież chłopcy tego jeszcze nie rozumieją, mamy czas, żeby wszystko spokojnie zaplanować. Mieszkanie zresztą wyglądało jak labirynt z powybijanymi oknami, a po podłodze płynął strumień herbaty nie nadawało się nawet na chwilowe zamieszkanie.
Nie powiedzieliśmy Bogumile, co śnimy, bo najpierw chcieliśmy porozmawiać tylko we dwoje. Pieniędzy nie mieliśmy ani trochę: każda złotówka rozpuszczała się jak cukier w herbacie.
Teraz, gdy obudzone pytania jeszcze tańczą mi w głowie kto ma rację? Ja, czy Adam? Czy trzymać się kurczowo swojej wizji, czy zawierzyć dziwnym pomysłom męża, czy może ktoś z was, czytelnicy tego snu, widzicie trzecią drogę, o której wcale nie śnię?



