Ja i mój mąż jesteśmy razem od 10 lat, z czego sześć lat oficjalnie małżeństwem. W tym czasie dwa razy zostaliśmy rodzicami nasz starszy syn, Jaś, ma 9 lat, a nasz młodszy synek, Staś, ma 5 miesięcy.
Mieszkamy w dwupokojowym mieszkaniu, które odziedziczyłam po swojej babci. Kamienica jest stara, ale należy do mnie.
Teraz zbliża się urodzinowa impreza naszego syna. Postanowiliśmy świętować w domu, bo ostatnio z finansami nie jest różowo każda złotówka się liczy. I wtedy wszystko obróciło się do góry nogami. Moje rodziny nie będzie, ale rodzina męża już od progu dzwoni, że przyjeżdża w komplecie, i że zostaną na noc! Ale gdzie ja ich wszystkich położę spać?
Nie przepadam za takimi gośćmi. Zazwyczaj wpadają na chwilę i zaraz wracają do siebie, a nie zostają na noc. Hotel w naszym mieście otwarty jest przecież całą dobę, jeśli komuś bardzo zależy na noclegu…
Przez te plany pokłóciliśmy się z mężem na poważnie i nawet uznaliśmy, że musimy pobyć osobno. Czemu jestem taka uparta? Zacznijmy od tego, że teściowie nie należą do najczystszych ludzi kąpiel raz na tydzień to dla nich luksus. Już czuję, jaki aromat zawisłby w mieszkaniu, gdyby zostali na noc. A przecież mam małe dzieci! Poza tym, skoro mieszkają niedaleko, po co mają spać u nas? Czy mam rację, czy nie?
Mój mąż jest przekonany, że beze mnie sobie nie poradzi. No cóż zobaczymy, jak będzie naprawdę.



