Mój mąż zaczął codziennie chodzić do kościoła w centrum Krakowa. Myślałem, że zbliża się do Boga. Jak się później okazało, to nie modlitwa ciągnęła go do tych murów.
Codziennie, punktualnie o 17:30, zakładał świeżo wyprasowaną koszulę, poprawiał fryzurę, używał najlepszych perfum i wychodził z domu. Mówił, że idzie na mszę do mariackiego. No proszę, myślałem wtedy. Człowiek po pięćdziesiątce potrafi się zmienić. Nie przyszło mi do głowy, że modlitwa to tylko przykrywka.
Zaczęło się bardzo niewinnie, od Wielkanocy. Zaczął nagle opowiadać o wierze, o potrzebie oczyszczenia, mówił, że życie go przygniata. Uznałem, że to taki klasyczny kryzys wieku średniego nigdy nie uchodził w rodzinie za religijnego, ale chciał znaleźć spokój na modlitwie, proszę bardzo. Gotowałem obiad, a on wychodził wracał po półtorej godziny, spokojniejszy, jakby zrzucił jakiś ciężar z duszy.
Szybko jednak zauważyłem inne drobiazgi. Koszule zawsze świeżo wyprasowane, na głowie nieskazitelny przedziałek, perfumy pachniały już z przedpokoju. Tłumaczył się: Do kościoła trzeba mieć szacunek, Pan Bóg zasługuje na schludność. Brzmiało to dziwnie, ale nie robiłem z tego problemu. Przynajmniej nie pił, nie awanturował się, nie gapił się w komputer do północy tylko ten kościół.
Wszystko zmieniło się pewnej niedzieli, kiedy wracaliśmy od obiadu u jego siostry na Kazimierzu. Przez przypadek wziąłem jego jesionkę zamiast swojej. Sięgnąłem po klucze, a wyciągnąłem z kieszeni rachunek z kawiarni niedaleko kościoła Mariackiego. Dwie kawy i dwa serniki, czwartek, godzina 18:05. Przecież w czwartek miał być na różańcu.
Nic mu nie powiedziałem. Jeszcze nie. Następnego dnia postanowiłem go sprawdzić. Poszedłem do kościoła, usiadłem w ostatniej ławce i patrzyłem. Był rzeczywiście się modlił, przynajmniej przez chwilę. Po komunii wyszedł pierwszy. Ruszyłem za nim wtedy ją zobaczyłem. Stała przy przystanku tramwajowym, uśmiechnięta, ubrana jak na randkę. Pocałowali się. Nie tak jak przyjaciele.
Wróciłem do domu z nogami jak z waty. Serce łomotało mi w piersi. Nie poczułem jednak żalu czy wściekłości tylko wstyd. Jak mogłem nie zauważyć wcześniej? Jak mogłem być taki ślepy?
Następnego dnia, podczas śniadania, zapytałem spokojnie:
Jak ona ma na imię?
Zamarł. Nie próbował się wykręcać. Tylko westchnął i powiedział:
Aneta. Poznałem ją w kościele, pomaga przy organizacji nabożeństw.
I ty też pomagałeś?
Nie odpowiedział. Cisza powiedziała wszystko.
Nie zrobiłem awantury, nie wyrzuciłem go z domu od razu. Ale powiedziałem jasno:
Skoro modlitwy tak ci smakują, to módl się teraz o nowe mieszkanie. Bo tu już nie zostajesz.
Wyprowadził się po tygodniu. Poszedł do koleżanki z parafii. Nasze dorosłe dzieci były w szoku, ale potrafiły zrozumieć. Najmłodsza córka powiedziała potem:
Tato, lepiej teraz niż później, gdy będziesz miał siedemdziesiątkę i tylko łzy.
Początki były trudne. Czułem się oszukany i przegrany, bałem się, że już nikt mnie nie pokocha, że zostanę sam. Ale z czasem zrozumiałem, że samotność jest lepsza niż życie w udawaniu.
Dziś mija pół roku. Czasem widuję ich w kawiarni na Plantach ona trzyma go pod rękę, on patrzy przed siebie jak zagubiony. Czasem myślę, że może kiedyś się opamięta i wróci. Ale wtedy przypomina mi się jego zapach tych perfum nie moich, i sposób, w jaki patrzył na Anetę przy kościele.
Wiem jedno: nie chcę już życia z kimś, kto chowa się za murami kościoła. Wolę żyć w prawdzie, nawet jeśli czasem jest to gorzkie.



