Czuję, jakbym dryfowała przez gęsty, mleczny sen, w którym wszystko pulsuje podskórnym napięciem. Mam wrażenie, że to, co się wydarzy, wywoła dużo szumu wśród moich przyjaciół i rodzinymoże popłyną szepczące plotki wśród bliskich, może codzienność się nagle zagęści. Zawstydza mnie własna bezsilność i myśli, które czasem wwiercają mi się w głowę. Nie umiem ich uciszyć. Każde wyobrażenie przyszłości, jaka czeka nasze domostwo, kładzie mi się ciężarem na piersi. Chce mi się płakać, a smutek rozlewa się jak gęsty miód po porannej herbacie. Może zapadam się w smutek, jak w śnieżną zaspę na skręcie ulicy. Od ponad dwunastu lat jestem żoną, oboje pracujemy, mamy w domu dwójkę dzieci.
Teściowa choruje już od dawna, jakby jej ciało było małym miasteczkiem ogarniętym powolnym upadkiem. Cierpi na reumatyzm i cukrzycę. Nosząc dodatkowy ciężar swojego ciała, każdy krok po mieszkaniu sprawia jej trudność. Żyje sama, więc codzienne sprawy zwijają się i plączą niczym pajęczyna w kącie kuchni. Dbanie o siebie, przyrządzanie posiłków, czy sprzątanie wszystko to staje się dla niej wyprawą po górach, których szczytów już nie widać. Co tydzień razem z mężem przywozimy jej zakupy, sprzątam jej mieszkanie, gotuję obiady na cały tydzień, pomagam się wykąpać. Te rytuały powtarzają się tydzień w tydzień i stały się już naszym osobliwym zwyczajem, wpisanym między niedzielę a poniedziałek. Czasem nie damy rady wpaść, gdy praca wygrywa walkę o czas, ale dzieje się to rzadko.
Wbrew całemu temu zamętowi, naprawdę ją kocham. Wychowała syna samotnie, jej serce pracowało przez lata jak stara maszyna do szycia, nie żałując sił, rezygnując przy tym z własnego szczęścia. Kiedy została wdową w wieku czterdziestu pięciu lat, nie wyszła ponownie za mąż. Zawsze wspierała naszą rodzinę, dawała nam złotówki na opłacenie raty kredytu za mieszkanie, byśmy mogli spokojnie oddychać. Nigdy nie odmówię jej pomocy, nie wyobrażam sobie obojętności wobec jej cierpienia.
Niedawno mąż powiedział, że po Sylwestrze jego mama zamieszka z nami. Nie będzie już potrzeby do niej jeździć, a opieka nad nią stanie się prostsza jak oddech porannego powietrza. On poczuje ulgę.
Wiem, czemu tak mówi, ale już widzę oczyma wyobraźni, jak wnętrze naszego życia zacznie się przestawiać jak figury na szachownicy. W naszym trzypokojowym mieszkaniu w Warszawie jest teraz jasno: jeden pokój dla nas, dwa dla dzieci. Jeśli teściowa się wprowadzi, dostanie jeden z pokoi. Dla dzieci rozpocznie się nowa epopeja, snucie cichych kłótni o swoje miejsce, bo każdy chce mieć choćby skrawek prywatności w tym zawilgoconym powietrzu blokowiska. Może to brzmi okrutnie, ale zaczynam wierzyć, że teściowa stała się dla mnie ciężarem, cieniem wśród ścian mieszkania. A co byście zrobili na moim miejscu, zanurzeni w tym dziwnym śnie codzienności? Proszę, napiszcie, co o tym myślicie…



