Mój brat, Stanisław, po ukończeniu politechniki w Krakowie, spakował swój stary plecak i odjechał do Poznania, by rozpocząć nową pracę. W planach miał tylko rok oszczędzić trochę złotówek, a potem wrócić do rodzinnego Lublina i wreszcie kupić własne, wymarzone mieszkanie. Lecz los, nie pytając o zgodę, poplątał wszystko jak w starych sennych opowieściach. Stanisław niespodziewanie zakochał się w dziewczynie o imieniu Jagoda i wkrótce postanowili się pobrać. Tak został w nowym mieście.
Nie znałyśmy Jagody. Traf chciał, że ich ślub wypadł, gdy nosiłam pod sercem dziecko, ledwo mogłam oddychać i lada chwila miałam je urodzić, więc od razu było jasne, że nie pojadę. Ojciec pracował wtedy nocami w zakładzie, nie mógł dostać wolnego. Na weselu była więc tylko mama. Relacje z synową były letnie, ot, poznanie i tyle. Pojechali w podróż poślubną do Zakopanego, a mama wróciła do Lublina. Opowiadała potem, że Jagoda była promienna, z szerokim uśmiechem i przyjazna.
Minęło wiele lat, w czasie których bratowa tkwiła w sferze domysłów, niby mglista postać z odległego snu. Nagle tego lata brat zadzwonił z euforyczną nowiną: mają w planach podróż z przystankami. Najpierw przyjadą do nas na dwa dni, potem pojadą na wesele do koleżanki Stanisława, później na zjazd klasy z liceum, wybiorą się też nad morze do rodziców Jagody, na koniec zaś powrócą do siebie. Ucieszyłam się nie widziałam żadnych przeszkód. Faktycznie mieszkaliśmy na ciasnych metrach, lecz mieliśmy do dyspozycji letni domek moich teściów w Kazimierzu Dolnym. Teściowa zgodziła się bez wahania. Domek od lat nie widział remontu, lecz można tam normalnie żyć i spać.
W ten dzień obudziłam się radosna jak przed świętami. Gdy przyjechali, wszystko nagle zaczęło rozłazić się na boki, jak w sennych pejzażach Chagalla. Stanisław przywitał nas, przedstawił Jagodę, ale ona już w progu zaczęła skarżyć się: raz, że gorąco, raz, że pociąg strasznie hałasował, potem że w aucie ciasno. W marzeniach śniła pewnie o powiewie wiatru z Bałtyku, nie o tej podróży.
Pojechaliśmy do domku w Kazimierzu. Pokazywałam wszystko, co było do pokazania. Jagoda patrzyła na łazienkę i prysznic, jakby zobaczyła eksponat z innego świata twarz miała nietęgą, jak po pocałunku z łobuzem spod kiosku. Wciągnęła Stasia na bok, coś cicho przekomarzali się między świerkami, po czym brat poprosił, żeby mój mąż zabrał ich do miasta. Jagoda oświadczyła, że absolutnie nie będzie korzystać z tego prysznica. Pojechali z powrotem do nas, a ona długo się kąpała i robiła makijaż. Wrócili późno.
Zaraz potem okazało się, że nasza gościna nie pasuje przygotowaliśmy co umieliśmy najlepiej: pierogi z kapustą, domowy smalczyk, świeży chleb i barszczyk, a ona tylko kręciła głową i szeptała coś o glutenie, tłuszczu i czymś jeszcze, czego nawet nie zapamiętałam. Jadła jedynie ogórki i marchew, chociaż patrzyła na nie jak na dzieła sztuki nowoczesnej z dystansem i nieufnością. Pokój, który dla nich urządziliśmy, okazał się jej nie odpowiadać, więc znów wróciliśmy do mieszkania w Lublinie, choć tam łóżka były jeszcze węższe niż wspomnienia.
Następnego dnia ruszyliśmy na spacer po Starym Mieście, jeszcze z nadzieją, że może odmienią się humory. Ale była bardziej kapryśna niż mój trzylatek. Raz bolała ją noga, innym razem robiło się za gorąco, po chwili znowu się nudziła. Z ogromną ulgą odprowadzałam ich do drzwi, czując się jak ktoś przebudzony po niekończącym się śnie. Zastanawiam się do dziś, jak Stanisław znosi jej humory od tylu lat. Nam wystarczyły dwa dni i już byliśmy poza czasem.


