Ciężko mi sobie wyobrazić, kto wpadł na genialny pomysł, żeby zaszczepić mojemu bratu przekonanie o jego rzekomych talentach artystycznych w czasach podstawówki, bo to tylko wywołało u niego absurdalne poczucie pewności siebie graniczące z narcyzmem. Kiedy Wojtek przedstawił rodzicom swoje nowo odkryte zdolności, tata z mamą postanowili wesprzeć go, zapisując na kurs malarstwa. Szybko jednak uznał, że już zna wszystkie tajniki sztuki i z niebywałą pewnością siebie przestał na zajęcia uczęszczać. Rodzice mieli nadzieję, że przejdzie mu to całe artystyczne zacięcie zanim skończy liceum, ale gdzie tam! Wojtek uparcie trwał przy swoim i w dodatku próbował dostać się do Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Niestety, komisja nie doceniła jego dzieł, ale on nie przejął się i z uporem twierdził, że prawdziwy talent dyplomów nie potrzebuje, więc dalej smarował pędzlem po płótnie.
Nasz tata miał nieco inne zdanie na temat finansowania tej pasji i zdecydował się wycofać wsparcie. Atmosfera w domu zrobiła się jak w polskim filmie napięta, szara i z nutą ironii. Wojtek wciąż mieszkał z rodzicami, ale o wsparciu na drobne wydatki nie było już mowy. W końcu wyprowadził się, zatrudnił jako kelner w kawiarni, a w wolnych chwilach dalej malował. Poznał dziewczynę o imieniu Jadwiga, która była zachwycona jego rzekomym talentem i nim samym więc zamieszkali razem. Wreszcie ktoś kupił jedno z jego obrazów za kilkaset złotych, co wywindowało jego ego w stratosferę. Z radości rzucił robotę i postanowił oddać się sztuce bez reszty.
Po urodzeniu dziecka, to Jadwiga była jedyną, która utrzymywała rodzinę po swoim urlopie macierzyńskim sprawy finansowe zaczęły się sypać. Wojtek zatrudnił się w lokalnej kawiarni, ale zrezygnował po tygodniu, bo czuł, że sztuka wzywa. Niestety to powołanie nie przynosiło pieniędzy nawet na pierogi czy chleb. Nasza mama nie mogła znieść widoku wnuka jedzącego zupę z torebki, więc wkraczała z zakupami. Z czasem Wojtek i Jadwiga dorobili się trzech dzieci, a Jadwiga dalej tkwiła na macierzyńskim. Wojtek wciąż malował, nawet coś sprzedał przez pięć lat parę obrazów, ale zarobki były jak pogoda w listopadzie: nijakie.
Ich domowy budżet praktycznie wisiał na moich barkach i rodziców, bo co chwilę prosili o wsparcie. Musieliśmy zapewniać środki, aby mogli jakoś funkcjonować i utrzymać rodzinę. Ironia losu, prawdziwie polski dramat: artysta, który cierpi i wszyscy cierpią razem z nim, ale przynajmniej jest o czym rozmawiać przy bigosie.



