Wychowałam się dawno temu na wsi, w dużej polskiej rodzinie, będąc drugą najstarszą z dziesięciorga dzieci. Od najmłodszych lat spoczywało na mnie mnóstwo domowych obowiązków gotowanie, pranie, opieka nad młodszym rodzeństwem, praca w ogrodzie i zajmowanie się inwentarzem. Czułam się wyczerpana tą codzienną harówką, często zasypiałam, ledwie dotykając głową poduszki. Gdy tylko osiągnęłam pełnoletniość, rodzice zaczęli naciskać, żebym wyszła za mąż uważali mnie za dodatkową gębę do wykarmienia, którą należy szybko wydać za mąż.
Nie bacząc na moje zdanie, zaaranżowali ślub z trzydziestojednoletnim Stanisławem, mieszkańcem Krakowa, który dzielił mieszkanie z częściowo sparaliżowaną babcią. Po ślubie przeniosłam się do ich miasta i szybko przekonałam się, że moje życie właściwie się nie zmieniło opieka nad babcią Stanisława zastąpiła troskę o młodsze rodzeństwo. Stanisław był głową rodziny, lecz jego zachowanie wobec mnie było szorstkie i pełne pretensji często wykrzykiwał obelgi bez żadnego powodu. Po niespełna pół roku babcia odeszła, zostaliśmy więc tylko we dwoje.
Wkrótce urodziła się córka, Jagoda, a potem syn, Witek. Jagoda była dla mnie ukojeniem i otaczała mnie troską, z kolei Witek zaczął przejmować surowość i krytycyzm ojca. W tych trudnych warunkach jedyną odskocznią okazała się nowa pasja, o której usłyszałam kiedyś w telewizji ręczne wyrabianie świec. Postanowiłam spróbować i za zaoszczędzone złote kupiłam potrzebne narzędzia. Stanisław wyśmiewał mój pomysł, lecz świeczki szybko zyskały popularność, a ja zaczęłam zarabiać swoje własne pieniądze.
Mijały lata, dzieci dorosły, Jagoda wciąż była dla mnie wsparciem, natomiast Witek przejął od ojca wzorce nieprzyjaznych zachowań. Moja domowa firma rozkwitała, a ja odkładałam skrzętnie pieniądze. Pewnego dnia Stanisław kpił ze mnie, kiedy kupiłam sobie zwykłą spódnicę na targu. Wtedy po raz pierwszy naprawdę się przebudziłam i zrozumiałam, że mam dosyć.
Dzieci miały już swoje lata oboje byli po trzydziestce, a ja jeszcze nie ukończyłam pięćdziesięciu. Zebrałam oszczędności, wynajęłam niewielkie mieszkanie w Poznaniu, złożyłam pozew rozwodowy i kontynuowałam prowadzenie warsztatu świec. Pragnęłam spokojnego, wolnego od upokorzeń życia. Moja decyzja nie była podyktowana złością, lecz zwykłą nadzieją na lepsze jutro. Patrząc wstecz, wiem, że ten wybór przyniósł mi upragnioną ulgę.



