Mogę zadać jedno pytanie? Weronika postawiła przed teściową talerz z barszczem i spojrzała surowo, może nawet zbyt surowo. Po co pani do nas codziennie przychodzi? Otwarliśmy tu darmową stołówkę czy klub Upokorz synową?
Barbara Kazimierzówna, sześćdziesięcioczteroletnia dama z twarzą wiecznie wyrażającą zdumienie, jakby świat wokół jej nie odpowiadał, zmierzyła Weronikę wzrokiem. Zmarszczki wokół ust złożyły się w złośliwą kokardkę.
Po pierwsze zaczęła, nie dotykając barszczu jestem matką. Po drugie, gdybyś gotowała jak należy, nie musiałabym przychodzić. A po trzecie pochyliła się bliżej chcę się upewnić, że nie trujesz mojego syna.
Krzysztof, trzydziestoośmioletni mąż Weroniki, siedział między nimi jak ser w kanapce. Ser, który zaczyna się topić i próbuje niezauważalnie zsunąć z chleba.
Mamo, no co ty znowu? mruknął, grzebiąc w chlebie. Barszcz jest w porządku.
O, w porządku! przedrzeźniła go matka. U was wszystko jest w porządku! I ta jej żałosna praca za grosze w szkole, i te ciuchy, i ten barszcz Na gnatach go gotowałaś?
Weronika westchnęła. Zawsze wzdychała, gdy musiała powstrzymać się przed powiedzeniem za dużo. Ale tym razem westchnienie nie pomogło.
To niech pani nie je. Nikt nie trzyma. Drzwi tam, Barbara Kazimierzówno. Czy przyszła pani znowu opowiedzieć, że u mojej poprzedniczki barszcz był gęstszy, a mąż szczęśliwszy?
Krzysztof drgnął, jakby pod krzesłem włączyli mu kuchenkę elektryczną.
Wer, no co ty zaczynasz
No i zaczyna się! poderwała się teściowa. A to sobie królowa garnków znalazła! A tak w ogóle to Kasia i pracowała, i dom trzymała w ryzach, i męża nie kompromitowała!
Kasia. Nieszczęsna Kasia. Była żona Krzysztofa. Legendarna, wszechmocna. Odeszła samodzielnie, co warto podkreślić. Z godnością. Ale Barbara Kazimierzówna regularnie ją kanonizowała.
No to dlaczego nie idzie pani do niej na barszcz, skoro jest tą fanką? rzuciła Weronika i poczuła, jak w środku coś się gotuje. Zupełnie jak ten barszcz.
Krzysztof zaczerwienił się, ale klasyka powiedział tylko:
Dobrze, starczy. Mamo, bez Kasi.
Teściowa wstała, poprawiła sweterek z wytartymi łokciami i, patrząc na Weronikę, powiedziała cierpko:
Gdybyście mieli jakieś pieniądze, a nie te twoje nauczycielskie grosze, to byś inaczej śpiewała. A tak siedzicie ani grosza, ani pożytku. A ja, nawiasem mówiąc, myślę o waszej przyszłości! Nie będę przecież wiecznie biegać i ratować was przed waszymi błędami!
Pani nas ratuje? powtórzyła Weronika, opierając dłonie o stół. Mogę prosić o listę usług? Bo jakoś przeoczyłam
Mama ma rację niespodziewanie wtrącił Krzysztof. Weronika, wiesz, jak jest teraz ciężko. Kredyty, ceny Mama chce dobrze.
Weronika milczała. Tylko patrzyła na niego. I w pewnym momencie zrozumiała bardzo wyraźnie nic się nie zmieni. Ani trochę. Nigdy.
Wieczorem, gdy Barbara Kazimierzówna w końcu wyszła, trzaskając drzwiami tak, że z półki spadł słoik z fasolą, Weronika siedziała w kuchni i przewijała w głowie jedno pytanie: Co ja tu w ogóle robię?.
Telefon zadrżał. SMS: Weronika Stanisławówna, pilny kontakt. Notariusz. W sprawie spadku po cioci Zofii.
Ciocia Zofia Szczerze mówiąc, Weronika nawet nie pamiętała, kiedy widziała ją ostatnio. Mieszkała w Łodzi. Samotna. Trochę dziwna. No, nie dziwna starsza pani z nieszkodliwymi fobiami.
Oddzwoniła. Głos suchy, urzędowy:
Weronika Stanisławówna? Notariusz Nowak. W sprawie spadku po cioci Zofii. Zostawiła pani cały swój majątek.
Przepraszam Co? powtórzyła Weronika, odruchowo wycierając mokrą blatówkę.
Cały majątek. W tym lokatę bankową. Półtora miliona złotych. Proszę przyjść do sfinalizowania sprawy.
Weronika usiadła. Potem wstała. Potem znów usiadła.
Półtora. Miliona. Złotych. Tak, wszystko się zgadza.
Patrzyła w ścianę przez minutę. Potem przez drugą. Wtedy do kuchni wtoczył się Krzysztof z zadowoloną miną, z torbą z Biedronki i radośnie:
Słuchaj, mama dzwoniła mówi, że może jednak czas na urlop macierzyński? Bo po co się męczyć w szkole za grosze
Tak przeciągnęła Weronika, patrząc przez niego.
Wieści rozeszły się szybciej niż plotka o wyprzedaży.
Następnego ranka Barbara Kazimierzówna stała już w drzwiach z zadowoloną miną i siatką.
No cóż, córeczko powiedziała słodkim głosem, od którego chciało się wybić szybę gratuluję! Zawsze wiedziałam, że to ty jesteś naszym szczęściem! Nawet ten barszcz nie jest już taki zły. A propos Musimy omówić, jak rozsądnie rozporządzić tymi hmm pieniędzmi. Żeby pracowały, rozumiesz?
Jakie pieniądze? spytała sucho Weronika, doskonale wiedząc, że przedstawienie dopiero się zaczyna.
No jak to jakie, kochanie zamachała rękami teściowa. Teraz jesteś przy kasie! Krzysiu mi powiedział. Więc Trzeba będzie założyć lokatę na moje nazwisko. Bezpieczniej. No, różnie bywa
Ach tak skinęła Weronika, ściskając kubek tak, że kostki zbie


