To wydarzyło się pięć lat temu. Moja sąsiadka, pani Helena, pochowała męża – weterana wojennego i została zupełnie sama. Nie mieli dzieci. Starsza pani często wspominała swojego Stasia.
Pobrali się tuż przed wojną. Potem Stasiu poszedł walczyć, a wierna Lena (zdrobnienie od Helenki) czekała na niego. Stasiu wrócił żywy, ale bez lewej ręki. Bardzo kochał żonę i zawsze o nią dbał. Obiecywał, że zawsze będzie jej bronić, ale nie dotrzymał słowa. Zmarł i zostawił ją samą!
Dokładnie w rocznicę śmierci męża pojawił się u niej duży czarny kot. Pojawił się nocą, dosłownie znikąd, miaucząc żałośnie pod drzwiami. Wiatr hulał za oknem, ale w jakiś niezrozumiały sposób pani Helena usłyszała miauczenie. Wyszła i zobaczyła nieznanego kota. Zlitowawszy się nad nim, wpuściła go do domu i postawiła miseczkę z mlekiem.
Kot, odrzuciwszy przekąskę, z godnością przeszedł się po pokojach. Po dokładnym obejrzeniu domu, wybrał miejsce na poduszce właścicielki, zamruczał i od razu zasnął.
Pani Helena nie wygoniła kota i zdrzemnęła się obok niego. Rano przyjrzała mu się uważniej. Wypielęgnowany, dobrze odżywiony – wcale nie wyglądał na bezdomnego! Czarne futro, zielone oczy zajmujące pół twarzy i bardzo pewny siebie wygląd. Jeszcze jedna istotna rzecz: brakowało mu palców na lewej przedniej łapce. Jakby ktoś je oderwał.
“Zużyje się jak u mojego Stasia” – płakała starsza pani. Kot tymczasem delikatnie wskoczył jej na kolana i zamruczał. “Kotek, trzeba cię jakoś nazwać… Może to będzie Feliks?” – pogodonie, pogładziła futrzaka i podrapała go za uchem właścicielka. Kot zadrżał i spojrzał na nią tak TYM WZROKIEM, że aż się zmitygowała.
JEGO OCZY BYŁY LUDZKIE! NIE “JAK LUDZKIE”, ALE NAPRAWDĘ “LUDZKIE”! “Rozumiem. ‘Feliks’ ci nie odpowiada. Może zatem Borys? To piękne imię!” – powiedziała gospodyni. Kot mlasnął niezadowolony, zeskoczył z kolan, warknął i zaczął skupić się na drapaniu sofy.
“Dobrze, dobrze. Nie będę ci na razie nadawać imienia. Będziesz po prostu Kotem. Tylko zostaw tę sofę w spokoju” – grzecznie poprosiła starsza pani. Warcząc jeszcze coś niezrozumiałego, Kot spełnił jej prośbę i ważnie odszedł do izby. Tak zaczęła się ich wspólna codzienność: pani Helena i Kot.
Często odwiedzałam starszą sąsiadkę, a ona opowiadała mi niesamowite rzeczy o swoim Kocie! Po pierwsze, Kot ją leczył. Po śmierci męża, pani Helena przeszła zawał i jej serce często dawało znaki słabości. Wystarczyło jednak, by właścicielka się położyła, a Kot już rzucał się na jej piersi, mruczał i zasypiał. Ból znikał, jakby nigdy go nie było!
Kiedyś zdarzyło się coś niezwykłego! Pani Helena drzemała. Przy jej boku mruczał i drzemał Kot. Ktoś zapukał do drzwi. Gospodyni wstała, by otworzyć. Kot poszedł za nią. Był to Andrzej, miejscowy pijak i awanturnik. Włożył stopę w próg, klął brzydko i zażądał od pani Heleny pieniędzy na pijatyki. Starsza pani próbowała odmówić, ale opryszek nalegał, stając się coraz bardziej bezczelny. Przesadził, obrażając i znieważając pamięć jej zmarłego męża.
Nagle Kot zaskomlał i rzucił się na agresora. Andrzej go odepchnął, ale Kot rzucił się ponownie i prawie nie wgryzł się mu w gardło. Rzucając przekleństwa, Andrzej się wycofał. Kot wymownie spojrzał na właścicielkę swoimi LUDZKIMI oczami, podniósł ogon do góry i z poczuciem spełnionego obowiązku odszedł do pokoju.
Pewnego dnia pani Helena szykowała się do urzędu w sprawie opału i poprosiła, aby jej towarzyszyć. Do miasta miałyśmy dojechać autobusem. Zgodziłam się i zwolniwszy z pracy, wcześnie rano poszłam po nią. Starsza pani siedziała na łóżku w domowym stroju, wyglądała na zdezorientowaną i nawet zawstydzoną.
“Pani Heleno, czemu pani nie gotowa? Proszę się zbierać, może zdążymy na podróżny,” – zadecydowałam. “Olu, nie pojadę. Przepraszam.” – szepnęła cicho. “Dlaczego?” “Nie wiem, jak to powiedzieć… Tylko się nie śmiej… Kot zabronił mi jechać.” “Serio?! Zwolniłam się z pracy, a pani tu z tym kotem! Proszę się zbierać!” – oburzyłam się gniewnie. “Posłuchaj, Olunia. Wszystko sobie wieczorem przygotowałam, położyłam się do snu. I mam sen, że rozmawiam z Kotem. Tak jak teraz z tobą… Patrzy na mnie i mówi:
‘Zostań w domu, Lenu. Nie powinnaś jutro jechać.’
Język mi zamarł! Nie chodzi nawet o to, że Kot zaczął mówić! Nazwał mnie Leną! Leną! Rozumiesz?! Tylko mój zmarły Stasiu tak mnie nazywał! I GŁOS KOTA BYŁ DOKŁADNIE JAK STASIA!
A Kot zaczął śpiewać piosenkę. Tę samą, którą Stasiu lubił: ‘Nie ma jak w domu, gdzie złota grzebią w ziemi…’
‘Pamiętasz, Helenko, śpiewałem to, jadąc na front?’
Znalazłam w sobie siłę, by zapytać: ‘Stasiu, to naprawdę ty?!’
‘A KTO BY INNY?! WIDZĘ, JAK CI CIĘŻKO SAMA, WIĘC WRÓCIŁEM…’
Więc, Helenko, uspokój się i jutro zostań w domu. I tak nic dobrego ci tam nie powiedzą. Dowozy przywiozą opał za tydzień. Powiedz Bronce, aby zrezygnowała z operacji. Nie przetrwa jej…’
I obudziłam się…”
Powiedzieć, że byłam w szoku to za mało! Długo milczałam, łapiąc powietrze jak ryba. W końcu olśniło mnie: “Pani Heleno, dobrze się pani czuje? Może zadzwonić po pogotowie? Ciśnienie chyba skoczyło.”
“Olunia, świetnie się czuję! Rozmawiałam przecież ze swoim słodkim Stasiem! “- uśmiechnęła się przez łzy sąsiadka. Sprawdziłam ciśnienie. Zadziwiające, ale było w normie!
Od tamtej chwili pani Helena zaczęła nazywać kota Stasiem. Co dziwne, kot od razu zareagował na to imię!
Niedługo później przepowiednie pani Heleny (albo Kota?) się spełniły. Autobus, którym miałyśmy jechać do miasta, tego samego dnia prawie się przewrócił. Było ślisko, autobus wypadł z trasy, a kierowca stracił panowanie. Na szczęście nikt nie zginął, ale wielu ucierpiało. Przypadek? Może. Dokładnie tydzień później pani Helenie przywieźli opał… Sąsiadka poprosiła mnie, bym zadzwoniła do Bronki, krewnej Stasia, żeby zrezygnowała z planowanej operacji. Ale ta nie posłuchała i zmarła na stole operacyjnym…
ZNOWU PRZYPADEK?! Nie sądzę.
I tak żyli razem: pani Helena i jej kot Stasiu. Dalej leczył i chronił ją. Był z nią do końca jej dni…
Pani Helena dożyła 94 lat. Zmarła w zeszłym roku. Do ostatnich chwil troskała się o swojego Stasia. Zobowiązała mnie, aby się nim opiekować, gdyby jej zabrakło. Odeszła cicho, bez bólu, we śnie…
Pamiętam, jak Kot opłakiwał panią Helenę. Nie był już młody, a jego kiedyś czarne futro posiwiało. Przez trzy dni, gdy trumna z ciałem właścicielki stała w domu, Stasiu nie odstępował jej na krok. SAM WIDZIAŁam, JAK PŁAKAŁ! Kota ganiono, wyganiano, kopano… Ale w jakiś niesamowity sposób zawsze wracał do trumny. Siedział i płakał!
Stasiu towarzyszył zmarłej do grobu i gdy ją pochowano, został. Próbowałam go złapać, aby zabrać do siebie, ale uciekł… I tak pozostał na cmentarzu, przy grobie pani Heleny i jej męża. Nie chciał iść do mnie, a ja codziennie go odwiedzałam i dokarmiałam. Obawiałam się, jak przetrwa zimę, próbowałam go zabrać przemocą. Udało mi się pewnego dnia, ale tego samego dnia uciekł, a ja znalazłam Stasia na cmentarzu.
Zima była surowa, lecz Kot ją przetrwał. Zmarł wczesną wiosną. Przychodząc nakarmić go jak zwykle, znalazłam go na grobie. Zwinięty w kulkę przy krzyżu pani Heleny, jakby chronił jej spokój…
Nie wiem, czy Stasiu był zwyczajnym kotem czy rzeczywiście w niego wcieliła się dusza zmarłego Stasia…
Obecnie dużo się mówi o reinkarnacji, że po życiu człowiek może stać się kimkolwiek – nawet kotem. Nie wiem, czy to możliwe. Ale chcę wierzyć, że w postaci Kota mieszkała dusza Stasia. Wróciła do swojej ukochanej Leny, aby ją chronić i ratować…
I była z nią aż do końca, jak obiecała.



