Gorący obiekt miłości
Witold i Jadwiga właśnie wrócili z supermarketu. Załadowani zakupami, wnieśli torby do kuchni i zaczęli je rozpakowywać. Witold, cały pochłonięty sprawami, nagle odwrócił się szybko do Jadzi i powiedział z lekkim uśmiechem:
— Jadziu, idź odpocznij. A ja przygotuję coś wyjątkowego… Moje popisowe danie. Gulasz!
— Umiesz gotować gulasz? — Jadwiga zastygła, otwierając usta ze zdziwienia.
— No tak, a co w tym dziwnego? — szczerze zdziwił się.
— Nie… Tylko… — Jadzia nagle zakryła twarz dłońmi i rozpłakała się. Bezgłośnie, ale ciężko, jakby przez bramy wyrwał się cały wodospad emocji.
Witold zmieszany podszedł bliżej, usiadł obok.
— Jadziu, co się stało?
Nie od razu znalazła siłę, by odpowiedzieć, ale w końcu, ocierając łzy, wyznała:
— Nikt… przez te wszystkie lata… nie ugotował dla mnie gulaszu. Ani razu. Mama kiedyś, dawno temu… A potem tylko ja sama, wiecznie dla kogoś. A on… Marek… tylko jadł, pił, bawił się… A ja ciągle ciągnęłam ten wóz…
Witold spuścił wzrok. Wiedział, że Jadwiga niedawno się rozwiodła. I wiedział, jak jej ciężko.
Rozstanie z Markiem było nieuniknione. Wpadł w ciąg alkoholowy tuż przed rodzinnym wyjazdem, nie stawił się na dworcu, gdzie czekała na niego żona z synem. Wtedy Jadwiga zrozumiała: dość. Już nie można było dłużej znosić.
Najpierw była ulga. Noc bez trzaskania drzwiami i pijackich rozmów w kuchni. Bez hałasu lodówki o trzeciej nad ranem. Bez śmierdzących alkoholem kolegów. Cisza i wolność. Ale po pół roku ta cisza stała się dzwoniąca. Dusiła.
Tak, Jadwiga miała syna, Jacka, miała pracę, miała wierne przyjaciółki. Ale brakowało najważniejszego — czyjegoś ramienia obok. Wsparcia. Ciepła.
W poszukiwaniu rozwiązania zwróciła się do brata, Bronisława:
— Może znasz kogoś porządnego?… Bez ciągłych imprez i wchodzenia w życie jak w butach błotem oblepionych.
Bronisław ucieszył się:
— Jest ktoś. Witold. Skromny, ale pewny. Nie przystojniak, ale człowiek dobry. Uwierz mi, złego bym nie polecił.
Na pierwszej randce Witold wydał się Jadze zbyt prosty. Chudy, wysoki, z twarzą daleką od magazynowych ideałów. Niewyróżniający się, ale… oczy miał dobre. Prawdziwe.
«Z czasem się przyzwyczaję», pomyślała i postanowiła spróbować. Gorzej przecież nie będzie.
Pierwsze spotkania były powściągliwe, nawet trochę niezręczne. A potem Witold nagle zniknął. Na tydzień. Jadwiga pomyślała, że jednak jej nie polubił. Zawstydziła się, a nawet uraziła. A on pojawił się znowu — z tortem, z kwiatami.
— Wyciągnęli mnie w delegację. Wybacz, że nie dałem znać.
Od tego czasu zaczęli spotykać się częściej. Spacerowali, rozmawiali. Jacka na razie chowała — bała się spłoszyć to ledwie kiełkujące ciepło w środku.
Pewnego dnia spotkali się pod sklepem. Zakupy, jak na złość, były ciężkie. Witold machnął ręką:
— Mam samochód. Wrzucimy do bagażnika.
— Samochód? A ja nie wiedziałam…
Gdy pakowali torby, podszedł do nich Marek. Pijany, jak zawsze. Z wykrzywioną twarzą. Rzucił okiem na Witolda — i od razu zaczął kąsać:
— O, niespodzianka! Znalazła sobie faceta, co? A ja, między nami, chcę widywać syna!
— Były? — szepnął Witold.
— Tak… — westchnęła Jadwiga.
— Idź już, Marek — cicho powiedziała. — Nie teraz.
— Ojej, przestraszyła się! A ty, typie, uważaj! — rzucił Marek, zataczając się, i odszedł.
Witold się powstrzymał. Dla Jadzi.
W domu Jadwiga w milczeniu rozpakowywała zakupy. Potem usiadła na taborecie i objęła się za ramiona.
— Zawstydziłaś się? — zapytał cicho.
— Tak…
— Wciąż go kochasz?
— Nie. Te uczucia pogrzebałam dawno. Zostały tylko żale.
— To wszystko przed nami. Odpocznij, ja zrobię gulasz.
— Naprawdę potrafisz? — znów się zdziwiła.
— Oczywiście.
I znów — łzy. Ze zmęczenia. Z tego, że wreszcie jest ktoś, kto nie wymaga, nie wykorzystuje, nie niszczy, a po prostu chce dla niej ugotować…
Witold krzątał się w kuchni. A Jadwiga cicho zasnęła w pokoju. Podszedł, poprawił jej koc, zasunął zasłony. Zatrzymał się na chwilę — i pogłaskał ją po włosach. Jak relikwię.
Nagle — dźwięk w zamku.
«Jacek?…» — pomyślał.
Ale do drzwi wszedł Marek.
Po chwili znów stał na klatce, zatrzaskując drzwi.
— Spróbuj tylko wrócić! — rzucił Witold. I wrócił do kuchni. Sprawdzić ziemniaki.
Po pół godzinie Jadwiga wyszła, przeciągając się. Uśmiechnęła się.
— Ktoś przychodził?
— Chyba ci się przyśniło — łagodnie odpowiedział.
A w duchu pomyślał: «Teraz będę ją chronił. Zawsze».
Tego wieczora Jadwiga powiedziała:
— Chcę, żebyś poznał Jacka. I… jutro zmienię zamki.
Miesiąc później wzięli ślub. Bronisław był szczęśliwy. Często powtarzał Jackowi:
— Masz teraz ojca. Prawdziwego. Dbaj o niego.
A chłopiec kiwał głową.
A Witold wieczorem znów gotował gulasz. I nie mógł uwierzyć, że prawdziwe szczęście zaczyna się tak prosto. Prawdziwe — od miłości, od dobroci… i od zwykłego gulaszu.



