Ola stała przed dyrektor Danutą Nowak, gniotąc w dłoniach papiery. “Pani Danuto, błagam! Nie zwalniaj mnie! Dwójka dzieci, kredyt…” Jej głos się załamał. “Poprawię się, przysięgam!”
“Olgo Stanisławno, sfałszowała pani dyplom. To poważne naruszenie, które…”
“Już miałam kończyć studia! Słowo honoru! Tylko rok brakowało w pedagogicznym!” — przerwała nauczycielka klas początkowych, łzy spływając po policzkach. “Proszę o szansę!”
Dyrektor szkoły nr 17 patrzyła ze współczuciem. Ola uczyła tu trzeci rok, dzieci ją uwielbiały, rodzice chwalili. Ale przepisy były jasne.
“Dobrze. Macie miesiąc na przedłożenie prawdziwego dyplomu. Inaczej…”
“Dziękuję! Dziękuję!” Ola rzuciła się ku drzwiom, lecz na progu zawróciła. “Skąd pani wiedziała?”
“Z kuratorium przyszła kontrola dokumentów. Traf wykrył niezgodność.”
Wybiegając, omal nie wpadła na Tomasza Kowalskiego, nauczyciela wf-u. Siwowłosy mężczyzna po pięćdziesiątce przytrzymał ją za ramię.
“Co się stało, Olgo Stanisławno? Blada jak ściana.”
“Tomaszu Andrzeju, wszystko stracone! Zwolnią mnie!”
“Za co właściwie?”
Ola zawahała się. Wyznać prawdę było wstyd. Tomasz był człowiekiem zasad, z nieskazitelną opinią, uczył tu od dwudziestu lat.
“Dokumenty… nie były w porządku” — bąknęła niejasno.
“Co konkretnie? Może pomogę?”
Podniosła na niego zalane łzami oczy. Tomasz traktował ją ojcowsko, częstował cukierkami, pytał o dzieci. Po rozwodzie brakowało jej takiej męskiej troski.
“Dyplom… mam problem z dyplomem.”
“Zagubił się?”
“Tak” — skłamała, chwytając się tej deski ratunku. — “Podczas przeprowadzki. A duplikat robi się wieki, ta biurokracja…”
Tomasz zamyślił się, drapiąc podbródek.
“A gdzie pani studiowała? W którym roku kończyła?”
“W warszawskim pedagogicznym” — odparła bez mrugnięcia. Naprawdę skończyła tam tylko trzy lata, wyszła za mąż, urodziła i zabrakło czasu.
“Wie pani co? Znam kogoś w archiwum tej uczelni. Może przyspieszy duplikat. Jak panią wpisali? Po mężu, czy panieńsku?”
Ola poczuła, jak grzęźnie w bagnie kłamstwa głębiej.
“Panieńskie. Olga Stanisławna Nowicka.”
“Dobrze, pogadam z Kazimierzem. On tam zarządza archiwum. Znamy się od studiów.”
“Tomaszu Andrzeju, pan… taki pan dla mnie dobry” — szepnęła. — “Nie wiem, jak dziękować.”
“Co tam! Przecież jesteśmy kolegami z pracy. Trzeba sobie pomagać.”
Wieczorem w domu Ola miotała się po kuchni jak zwierzę w klatce. Siedmioletni Marcin odrabiał lekcje, pięcioletnia Zosia bawiła się lalkami.
“Mamo, czemu płaczesz?” — spytał chłopiec, odrywając się od zeszytu.
“Nic, synku. Zmęczyłam się w pracy.”
“A tata przyjdzie?”
“Nie, Marcinku. Tata mieszka osobno, pamiętasz?”
Ola spojrzała na dzieci. Serce ścisnęło się. Dla nich sfałszowała dyplom. Potrzebowała pracy, jakiejkolwiek, za godne pieniądze. W szkole były dodatki, ubezpieczenie.
Następnego dnia Tomasz podszedł na przerwie.
“Olgo Stanisławno, rozmawiałem z Kazimierzem. Sprawdzał archiwa.”
Serce jej zabiło mocniej.
“I co?”
“Sprawa dziwna. Pańskiej nazwy nie ma na listach absolwentów. Może pomyłka w roku? Albo wydział?”
Ola poczuła, jak ziemia usuwa się spod nóg. Musiała coś wymyślić.
“Wie pan, Tomaszu Andrzeju, pewnie się mylę. Po rozwodzie był taki stres, pamięć szwankuje. Może inna uczelnia? Przypomnę sobie, dam znać.”
“Naturalnie, niech się pani nie martwi. Głowa po rozwodzie to sito, to normalne.”
Spojrzał z taką troską, że wstyd było jeszcze większy. Tomasz był wdowcem, żona zmarła trzy lata wcześniej na raka. Dzieci nie mieli. Koledzy szeptali, że ciężko to przeżył, wyjechał nawet nad morze, by odetchnąć.
“Tomaszu Andrzeju, może zaproszę pana na obiad? W ramach podzięki?”
“Ależ co znowu, Olgo Stanisławno! Nie trzeba.”
“Ale chcę. Pan tak się o mnie troszczy. A ja nawet dobrze pana nie znam, poza tym, że wf prowadzi.”
Tomasz zawahał się.
“Może w szkolnym bufecie. Mają tam dobre kotlety mielone.”
Przy lunche rozprawili się. Okazało się, że Tomasz łowi ryby, czyta powieści historyczne, na weekendy
Tancerze wirując w rytm poloneza, Borzysław przytulił głowę Ewy do ramienia, szepcząc, że nawet w najmroczniejsze śniegi można odnaleźć wiosnę, jeśli pielęgnuje się prawdę jak kwiat rzucony przez przypadek na jałową glebę. I tak oto z hucznej weselnej karczmy wyszli w zimową noc, spowici dymem pierogów i złudą, że każda burza, nawet ta wprost z archiwum uczelni, może zrodzić tęczę na skraju własnego podwórka.



