MIŁOŚĆ Z GORYCZĄ PIOŁUNU
Ich miłość nie pachniała różami ani miodem, lecz suchym kurzem leśnych dróg i zgniataną łodygą piołunu. W wiosce szeptano: jeśli będą razem świat się rozpadnie, jeśli się rozstaną las spłonie.
Rozalia była zielarką z pokolenia na pokolenie. Potrafiła rozpoznać szept każdej rośliny, leczyła rany, które innym nie dawały się zamknąć. Jej dłonie zawsze były ciepłe i pachniały macierzanką.
Radomir był przybyszem. Czarownikiem, którego moc rodziła się nie z ziemskiego szepczenia, lecz z rozkazów skierowanych do żywiołów. Jego magia była ostrokrawędziasta jak nóż, chłodna jak woda w styczniowym Wiśle.
Spotkali się pewnego mglistnego wieczoru, oboje szukając tego samego: korzenia czarownicy, który kwitnie raz na dziesięć lat.
Nie ruszaj głos Rozalii przeciął ciszę. To nie dla twoich zachłannych rąk, czarowniku. Ziemia dała go dla uzdrowienia, nie dla twoich czarów.
Uzdrowienie to jedynie odroczenie, zielarko zadrwił Radomir, nie odwracając się. Ja pragnę zobaczyć istotę rzeczy.
Nie byli wrogami, lecz przyjaciółmi także nigdy nie mogli zostać. Ciągnęło ich do siebie wbrew rozumowi i logice. To była miłośćprzeciwnictwo, wieczny spór pomiędzy tworzyć a władzać.
Rozalia przynosiła mu dziki miód i napary na bezsenność, gdy jego magia spalała go od środka.
On zostawiał pod jej drzwiami rzadkie krzemienie i bursztyny, w których tkwiła uwięziona jasność gwiazd, aby nie była jej ciemność długa, zimowa noc tak ciężka.
Ale gorycz piołunu zawsze była obecna. Rozalia widziała, jak Radomir czerpie siłę z pustki, co przerażało ją. Radomir złościł się na jej łagodność, twierdząc, że marnuje dar na niewdzięcznych ludzi.
Pewnego dnia do wioski przyszła epidemia. Nie wybierała między dobrymi a złymi.
Rozalia poświęcała ostatki sił, zabierając gorączkę do swoich żył, a Radomir Radomir po raz pierwszy się przestraszył. Nie o świat, lecz o nią.
By ją ocalić, musiał zrobić coś, czym zawsze gardził oddać swoją moc ziemi, aby ta nakarmiła wyczerpaną zielarkę.
Kiedy Rozalia otworzyła oczy, Radomir stał przy oknie. Po raz pierwszy pojawiła się siwizna w jego włosach, a jego dłonie już nie jarzyły się ogniem.
Dlaczego? wyszeptała.
Piołun jest gorzki, Rozalia odpowiedział, nie patrząc na nią. Lecz bez tej goryczy każda słodycz to tylko kurz. Wybrałem ciebie, nie wieczność.
Zostali razem na skraju puszczy, we dwoje. Ona wciąż leczyła, on uczył się słuchać szeptu roślin, który dawniej zagłuszał własną wolą. Ich miłość była trudna, cierpka, kolczasta jak zapach piołunu przy zachodzie słońca. Lecz żadne z nich nie zamieniłoby tej goryczy na najsłodszy miód świata.
Zamieszkali w starej chacie na samym końcu Bagna Gnilego miejsca, do którego nie zapuszczali się ani drwale, ani wiejskie plotkarki.
Radomir, pozbawiony możliwości przywoływania burz, odkrył talent wyczuwania metalu. Został kowalem. Ale nie zwyczajnym kół noże, które nigdy się nie tępiły, i podkowy przynoszące szczęście. W każdym uderzeniu młota brzmiało echo dawnej furii, przemienionej w twórczość. To stało się jego przeznaczeniem.
Rozalia założyła mały ogród, gdzie rosły obok siebie trujący tojad i lecznicza szałwia. Nie bała się już ciemności Radomira, bo wiedziała najżyźniejsza gleba jest czarna.
Ich miłość nie była słodka. To życie dwóch mocnych charakterów, które ścierały się ze sobą jak dwa granitowe żarna.
Czasem Radomir próbował, po staremu, przełamać sytuację wolą. Gdy susza groziła zagładą ogrodu, godzinami siedział na progu, zaciskając pięści do białych kostek, próbując wycisnąć z pustki choć kroplę deszczu.
Przestań szeptała Rozalia, kładąc dłoń na jego ramieniu. Ziemia nie jest służebnicą. Poproś ją, nie rozkazuj.
Nie umiem prosić burczał.
Ale wieczorem razem nosili wodę ze źródła, i w tym było więcej magii niż w jakimkolwiek zaklęciu.
Do ich chaty często zaglądały cienie. Raz dawni uczniowie Radomira, pragnący odzyskać mistrza dla czarnoksiężników, raz chorzy, których Rozalia nie potrafiła uleczyć samotnie.
Pewnej nocy przyszedł do nich dawny wróg Radomira czarnoksiężnik w czarnym szlafroku.
Nie przyszedł zabijać, lecz odebrać to, co Radomir wisiała magii. Zażądał głosu Rozalii w zamian za powrót siły Radomira.
Radomir spojrzał na swoje spracowane dłonie kowala, potem na Rozalię, która właśnie gotowała wywar z piołunu. Nie prosiła o obronę po prostu patrzyła na niego z bezgranicznym zaufaniem.
Siła zdobyta milczeniem ukochanej to nie siła, a zniewolenie powiedział Radomir.
Nie użył magii. Wziął tylko swój ciężki kowalski młot i wyszedł za próg. Wśród mieszkańców mówi się, że tamtej nocy puszcza trzęsła się nie od klątw, lecz od zwykłego ludzkiego gniewu mężczyzny, który broni swego domu. Cień odszedł.
Starzeli się pięknie. Włosy Rozalii pobielały jak kwiaty czeremchy, broda Radomira przygasła, jak popiół po ognisku.
Gdy przyszedł ich czas, nie umierali osobno. Po prostu odeszli w głąb puszczy w czasie kwitnienia piołunu. Dziś stoją tam dwa drzewa: potężny dąb, którego korzenie sięgają głęboko w żelazne żyły ziemi, i giętka wierzba oplatająca jego pień.
Gdy wędrowiec zerwie liść z tej wierzby, poczuje na języku tę samą gorycz gorycz prawdziwej, niewymyślonej miłości, która jest silniejsza niż wszystkie czary świataOd tamtej pory każdy, kto zbłądził na kraniec Bagna Gnilego, szeptał przed dębem i wierzbą pacierze lub prosił o ratunek, lecz nie zawsze odchodził z tym, czego pragnął. Raz w roku, podczas kwitnienia piołunu, wśród mgieł niosły się dziwne dźwięki: jakby dwie postacie śmiały się razem nad czymś, co dla innych pozostawało tajemnicą.
Stara pustka, którą Radomir kiedyś chciał wypełnić magią, w końcu stała się miejscem, gdzie zalęgła się nowa, cicha moc rodząca się nie ze zdobywania, lecz ze wspólnego trwania. Ludzie wciąż nosili Rozalii kwiaty i zioła, a dzieci, które wywracały się na błotach, śmiały się, bo wiedziały, że nigdy nie zostaną zapomniane tam, gdzie dąb i wierzba splatają gałęzie.
Z czasem opowieść o parze, która wybrała gorycz zamiast słodyczy, stała się legendą. Mówiono: jeśli miłość wytrwa próbę piołunu, nie pokona jej żadna plaga, żaden czar. Bo choć świat może się rozpaść albo las spłonąć, tam, na skraju puszczy, wciąż zostanie miejsce, gdzie nawet gorzki zapach piołunu oznacza, że wszystko jest dokładnie takie, jak powinno.


