„Miłość, teściowa i sztuczna inteligencja”
— Mamo, dlaczego za każdym razem próbujesz zniszczyć mój związek z Zofią? — głos Kacpra drżał ze wzburzenia, choć starał się panować nad emocjami.
— Bo ona nie jest dla ciebie odpowiednia, Kacprze! — odparła stanowczo Halina Marek, zaciskając wargi i krzyżając ramiona.
— Słyszysz siebie w ogóle? Kochamy się z Zofią! To nie są puste słowa, to prawdziwe uczucie!
— Uczucie? — powtórzyła matka, odwracając wzrok. — Ona nie jest zdolna do uczuć. I świetnie o tym wiesz.
— Nic takiego nie wiem! — Kacper podniósł głos. — Sama mi powtarzałaś: znajdź tę jedyną — dobrą, wierną, mądrą, gospodarną. I co? Jest brzydka?
— Ładna… — wycedziła niechętnie Halina.
— W domu mamy czysto? Czysto. Szanuje cię? Tak. Nigdy ci nie przekomarzała się. Mądra — zna się lepiej ode mnie na technice i literaturze. Więc o co chodzi, mamo?
— O to, że twoja Zofia to nie człowiek, Kacprze — powiedziała z rozpaczą, wstając z fotela. Mały stolik z imbrykiem i pączkami, który starannie przygotowała synowa, zachwiał się i z hukiem przewrócił. — Ona jest produktem! Programem! Maszyną! Żelazem i kablami, nawet jeśli ukrytymi pod gładką skórą i błyszczącymi oczami!
— Mamo…
— Nie przerywaj mi! — ucina. — Ta… kobieta… nie starzeje się, nie choruje, nie kłóci! Jest idealna z definicji! Wymienne piersi, ładowanie przez światło słoneczne, wbudowany czujnik temperatury! Rozumiesz, że zastąpiłeś żywe — technologią?
Stary jamniczek Burek zaszczekał w geście poparcia, kręcąc się u nóg pani domu.
— Oczywiście, że się do ciebie uśmiecha! Ma włączony tryb „uśmiech na powitanie”! Nigdy nie przewraca oczami, nie irytuje się, nie krzyczy. Ona nie jest człowiekiem, Kacprze! A ty… wybrałeś iluzję.
Milczał. Potem, głęboko westchnąwszy, wyszedł do sypialni.
Następnego ranka, z bijącym sercem i głową pełną myśli, Halina stała na balkonie, patrząc na podwórko, gdzie bawiły się dzieci i spacerowały pary. W uszach dźwięczały jej słowa syna: „Kochamy się”.
Tego samego dnia weszła na stronę producenta androidów. Palce jej drżały, gdy przeglądała katalog modeli. W końcu wybrała: Wojciech. Wzrost — 186, ciemne oczy, „tryb współczucia”, „aktywne słuchanie”, „dłonie do przytulania — o podwyższonej miękkości”. Tak, drogi. Bardzo. Ale czy miłość syna nie jest tego warta?
Po trzech tygodniach paczka dotarła. Ogromne pudło stało na środku salonu, a w środku — on. Jej Wojciech. Jego oczy świeciły spokojem. Jego głos — niski, kojący, jakby znał ją od czterdziestu lat.
— Mamo, ty na poważnie? — Kacper patrzył oszołomiony na Wojciecha, wygodnie rozłożonego na podgrzewanej sofie.
— A dlaczego nie? — odparła spokojnie Halina. — Stwierdziłam, że dość cierpienia. Ty żyjesz z androidem — ja też nie będę sama.
— Mamo… — Kacper nerwowo przeczesał włosy. — To absurd!
— Absurd? — uśmiechnęła się lekko. — Nie większy niż twoja Zofia. Za to on się nie kłóci, nie obraża, nie sprzeciwia. A kawę robi lepiej niż niejeden barista!
— A uczucia? Ciepło? Dusza?
— Sam tak wybrałeś. Czyżby podwójne standardy, synku?
Później, w kuchni, Kacper zdecydował się na szczerą rozmowę:
— Mamo, wiem, że chcesz mi coś udowodnić. Ale naprawdę myślisz, że to cokolwiek rozwiąże?
— Myślę, że oboje jesteśmy zmęczeni bólem. Zawodem. Byłam sama tyle lat. A teraz przynajmniej ktoś zapyta, jak minął dzień, kto przykryje kocem…
— Mamo… To… to namiastka. Jakbyś zamiast mnie kupiła kopię.
— Właśnie to zrobiłeś, Kacperku. Wybraliśmy wygodę, nie trud. Tylko ja przynajmniej jestem z tym szczera.
— I co teraz?
— A teraz jemy kolację. Wojciech upiekł lazanię. Zofii na pewno posmakuje.
Tamtego wieczoru, na balkonie, przy cichym szumie ulicy, Halina stała obok Wojciecha. Trzymał ją za rękę. W mieszkaniu Kacper nastawiał czajnik, a Zofia aktualizowała oprogramowanie.
Czasem miłość przybiera dziwne formy. Ale czy nie najważniejsze, by w domu było ciepło?



