Dziś znów się pokłóciliśmy. Mama i ja. Słowa paliły jak rozgrzany węgiel, a ja starałem się zachować zimną krew.
— Mamo, dlaczego za każdym razem musisz niszczyć mój związek z Kingą? — Mój głos lekko drżał, ale starałem się nie krzyczeć.
— Bo ona nie jest dla ciebie odpowiednia, Kamil! — odparła stanowczo Helena Stanisławowska, zaciskając wargi i krzyżując ręce na piersi.
— Słyszysz siebie? Kinga i ja kochamy się naprawdę! To nie są puste słowa!
— Miłość? — prychnęła, odwracając wzrok. — Ona w ogóle nie potrafi kochać. I doskonale o tym wiesz.
— Nie wiem! — Podniosłem głos. — Przez całe życie powtarzałaś: znajdź tę jedyną — dobrą, wierną, mądrą, gospodarną. No i co? Jest brzydka?
— Ładna… — wycedziła przez zęby.
— W domu mamy czysto? Tak. Szanuje cię? Tak. Nigdy ci nie ubliżyła. Jest inteligentna — zna się na technice lepiej niż ja, czyta więcej książek. Więc o co chodzi, mamo?
— O to, że twoja Kinga to nie człowiek, Kamilek — powiedziała z rozpaczą, wstając z fotela. Mały stolik z herbatą i ciastkami, które uprzednio ustawiła Kinga, zatrząsł się i z hukiem przewrócił. — To produkt! Program! Maszyna! Żelazo i kable, choć owinięte w gładką skórę i błyszczące oczy!
— Mamo…
— Nie przerywaj mi! — przerwała ostro. — Ta… kobieta… nie starzeje się, nie choruje, nie kłóci! Jest idealna z definicji! Wymienne części, ładowanie przez panele słoneczne, wbudowany termostat! Naprawdę zamieniłeś żywego człowieka na technologię?
Stary jamniczek Bąbel zaszczekał wiernie, kręcąc się wokół nóg mamy.
— Oczywiście, że się do ciebie uśmiecha! Ma włączony tryb „uśmiech na powitanie”! Nigdy nie przewróci oczami, nie zdenerwuje się, nie podniesie głosu. To nie człowiek, Kamil! A ty… wybrałeś iluzję.
Milczałem. W końcu westchnąłem głęboko i wyszedłem do sypialni.
Następnego ranka mama stała na balkonie, z bijącym sercem i pełną głową myśli. Patrzyła na podwórko, gdzie bawiły się dzieci i spacerowały pary. W uszach wciąż słyszała moje słowa: „Kochamy się”.
Tego samego dnia weszła na stronę producenta androidów. Palce drżały jej, gdy przewijała katalog modeli. W końcu wybrała: Jerzy. Wzrost – 185 cm, ciemne oczy, „tryb empatii”, „aktywne słuchanie”, „dłonie do przytulania – zwiększona miękkość”. Tak, drogo. Bardzo. Ale czy miłość syna nie jest warta każdej złotówki?
Po trzech tygodniach przyszedł kurier. Ogromne pudło stało w salonie, a w środku – on. Jej Jerzy. Jego oczy błyszczały spokojem. Głos – niski, kojący, jakby znał ją od czterdziestu lat.
— Mamo, ty na poważnie? — patrzyłem zdumiony na Jerzego, wygodnie rozłożonego na podgrzewanej sofie.
— A dlaczego nie? — odparła spokojnie. — Stwierdziłam, że dość cierpienia. Ty żyjesz z androidem, ja też nie muszę być sama.
— Mamo… — przetarłem nerwowo dłonią włosy. — To absurd!
— Absurd? — uśmiechnęła się kwaśno. — Nie większy niż twoja Kinga. Za to on się nie kłóci, nie obraża, nie sprzeciwia. A kawę robi lepiej niż w żadnej kawiarni!
— A uczucia? Ciepło? Dusza?
— Przecież ty sam tak wybrałeś. Czyżby podwójne standardy, synku?
Później, w kuchni, postanowiłem porozmawiać szczerze:
— Mamo, rozumiem, że chcesz mi coś udowodnić. Ale naprawdę myślisz, że to coś zmieni?
— Myślę, że oboje jesteśmy zmęczeni bólem. Zawodem. Byłam sama tyle lat. A teraz przynajmniej ktoś zapyta, jak minął dzień, narzuci koc…
— Mamo… To… to zastępstwo. Jakbym miał swoją kopię zamiast mnie.
— Przecież ty właśnie tak zrobiłeś, Kamilusiu. Wybraliśmy wygodę zamiast trudu. Tylko ja przynajmniej jestem z tym szczera.
— I co teraz?
— A teraz jemy kolację. Jerzy zrobił lazanię. Kinga też chętnie się skusi.
Tego wieczoru na balkonie, przy cichym szumie ulicy, mama stała obok Jerzego. Trzymał ją za rękę. W mieszkaniu ja nastawiałem czajnik, a Kinga aktualizowała system.
Miłość czasem przyjmuje dziwne formy. Ale czy nie najważniejsze, by w domu było ciepło?



