Dawno temu, rzecz się działa. Babcia moja, mądrą byłą, rzekła: “Czy wiesz, dziecko, że nie każda Jadwiga jest Warszawska, nie każdy Jan Krakowski? Świętych na tej padole mało. Więc nie osądzaj, zajrzyj lepiej w głąb siebie. Czy i ty, dziewczyno, taką przykładną żoną byłeś swemu Janowi?” – spojrzała przenikliwie, jakby odpowiedź znała.
– Babciu, Jan odszedł do mej przyjaciółki! Gdzie sprawiedliwość? Mam milczeć? – oburzałam się.
– W każdym razie nie lecieć do pracy Jana i nie skarżyć się jego zwierzchnikom, jaki to on kobieciarz. Tylko hańbę na siebie ściągniesz. Znamy to, przechodziliśmy… Oszukane żony biegały po zakładach w łzach i z katarem. A miłość rozkazów nie słucha i zakazów nie zna. Na nic się to nie zda, dziecko. Pogódź się. Czas pokaże, co dalej – mówiła babcia spokojnie.
Wiadomość o niewiernym mężu i zdradliwej przyjaciółce nie poruszyła jej. Jakby zdarzenie zwykłe.
Hm, “pogódź się”, łatwo powiedzieć. Przyjaciółka Kasia – dopieroż okazała się wężem syczącym. Swojego męża pochowała, po mego sięgnęła. Nie dam się! Nie oddam!
Zdarzało się, że Jan mój spoglądał na Kasię. Pamiętam, całą kompanią do łaźni poszliśmy. Aż Jan oderwać oczu od Kasi nie mógł. Jak kot koło śmietany. Wzrokiem obejmował i całował przyjaciółkę, otuloną białym ręcznikiem. Nigdy nie przywiązywałam wagi do tych półsłówek.
Kasia niewątpliwie piękna była, delikatna, dusza kobieta. I co? Z Janem szesnaście lat przeżyliśmy, syna mieliśmy, Stanisława. Wierzyłam niezachwianie, że rodzina nasza mocna i żadna siła nieczysta jej nie skruszy.
Kasia z Marianem nie mieli dzieci. Wiem, że Kasia bardzo z tego powodu cierpiała. O Marianie nie powiem, chyba w milczeniu nosił ten ból. Po męsku. Przyjaźniliśmy się. Często wyruszaliśmy za miasto, wspólnie urlopy spędzaliśmy. Bawiliśmy się, jak mogliśmy. Tak, lecz wszystko ma swój czas. Nieszczęście w progu już stało, uśmiechem wykrzywione.
– Ado, Marian karetką zabrany. Zawał. Jezu, ileż razy mu radziłam: “Daj spokój, weźmy z domu dziecka!” Nie, milczał i pochmurniał. Teraz nie wiem, czego się spodziewać. Wyliże się?
Biedna Kasia ryczała.
– Uspokój się, Kasiu. Wszystko będzie dobrze! Zobaczysz. Marian to krzepki chłop – szczerze pocieszałam.
– Ech, Ado! Jak żyć bez Mariana, nie pojmuję! On u mnie – światło w okienku. Ukoi i pokrzepi. A ja sama? – łkała Kasia.
– Nie grzeb go przed czasem, Kasiu. Weź się w garść. Przed Marianem staw się uśmiechnięta, zadbana. Znów cię pokocha i do sił wróci… – pocieszałam.
Na szczęście wszystko się dobrze skończyło. Mariana wyleczyli, na nogi postawili. Życie po staremu się potoczyło.
Wkrótce Kasia i Marian zaadoptowali trzyletnią dziewczynkę, Darię. Rodziła była u szczytu szczęścia.
– Teraz już i umrzeć niestrasznie! – rzucił niespodziewanie Marian przy biesiadnym stole.
– Marian, co ty? Teraz dopiero żyć trzeba, córeczkę wychowywać – zdziwiliśmy się jego mowom.
– Chcę powiedzieć, że nie na darmo wiek przeżyłem. Choć jedną duszę dziecięcą ogrzałem, przygarnąłem. Na Kasię moją ufność pokładam. Poradzi sobie. Pozwalam jej zamąż pójść, gdy co… – mówił Marian z niezmierzoną w oczach tęsknotą, zagadkowo.
– Oj, Marian, wymyślaj! – przerwał moja Jan. – Przyjaciele, za szczęście nasze rodzinne!
Tak się i skończyła jego spowiedź. Do czasu…
Anioł śmierci, niby kulawy osioł, przy każdej chacie staje. Nie uchronił się Marian. Drugi zawał ciężki szans na życie nie zostawił. Śpi snem wiecznym.
Została Kasia z przybraną córką. Opłakała męża jak należy i znów się podniosła. Kasia trzydzieści wiosen wtedy liczyła. Przyjaciółka na amen zmieniła się: z jasnej w kruczą brunetkę, garderobę odnowiła i częściej się uśmiechała. Nadal spotykaliśmy się przy świątecznym stole.
Jan mój nie mógł się doczekać tych spotkań z Kasią. Przy niej Jan iskrzył żartami, śmiał się nie w porę, młodą wdowę ugaszczał. A córkę Kasi z rąk nie wypuszczał.
Ja na te zaloty wzgardliwie patrzałam. Myślałam, że po prostu pomóc chce, osieroconą żonę druha wesprzeć w biedzie. Tak sobie…
Zaprosiła nas Kasia z Janem na imieniny córeczki. Darie dziesięć lat się skończyło.
Przy stole śmialiśmy się, życzyliśmy solenizantce, by wyrosła na dobrą panienkę.
– Tato, kiedy wreszcie na dobre do nas przyjdziesz? – to Daria szeptała… Janowi.
Jan pocałował dziewczynkę w policzek i też szepnął:
– Niedługo, zajączku, niedługo…
Udawałam, że nie słyszę. Miałam rozrabiać przy dziecku? W dodatku w jej święto?
A tam, w mojej samotności, znalazłam ukojenie w cichym rytmie dni, ucząc się na nowo słuchać szumu wiatru w starych jabłoniach za domem i patrzeć, jak mój Daniel, choć zraniony, wyrasta na uczciwego człowieka, moją największą dumę i pociechę.



