Czułam, jak babcia śledzi mnie wzrokiem. – Wiesz, dziewczynko – zaczęła, głos miała cichy, jakby szeptem wydobywała mądrość spod popiołów. – Nie każda Krysia jest gdańska, nie każdy Jan – gdyński. Kto się świętym urodzi? Zamiast potępiać, zajrzyj lepiej do własnego sumienia. Taką wzorową żoną byłaś dla swojego Janka?
– Babciu, Janek zostawił mnie dla mojej przyjaciółki! Gdzie sprawiedliwość? Mam milczeć? – wybuchnęłam, gorycz zalewając gardło.
– Z pewnością nie masz biec na jego budowlaną i wykłócać się z brygadzistą, jaki to z niego donżuan. Sama się ośmieszysz. Znamy to… Oszukane żony tłukły się po związkowych komitetach, zapłakane, z nosem na kwintę. A miłość poleceń nie słucha ani zakazów nie zna. Nie pomoże, dzieciątko. Pogódź się. Czas rozstrzygnie – babka pozostała niewzruszona, jak głaz narzutowy na polu.
Moja wieść o zdradzieckim mężu i fałszywej przyjaciółce nie wywołała w niej drgnienia. Jakby codzienną plotkę usłyszała.
Hm, „pogódź się” – łatwo powiedzieć. Przyjaciółka Krysia okazała się stworem podłym, wężem podstępnym. Swego męża pochowała, po mojego sięgnęła. Nie dam go!
Przypomniałam sobie, jak Janek niegdyś zerkał na Krysię. Pamiętam wypad do sauny. Mój Jan nie mógł oderwać oczu od Krysi. Jak kot przy śmietanie. Wzrokiem obejmował i całował przyjaciółkę, otuloną białą płachtą. Jakoś nie przypisywałam wagi tym półszeptom.
Krysia była niewątpliwie piękna, łagodna, ciepła. I co? Z Jankiem przeżyliśmy szesnaście lat, miałam syna Dawida. Wierzyłam święcie, że nasza rodzina jest tarczą, której nie skruszy żadna nieczysta siła.
Krysia z Markiem nie mieli dzieci. Wiem, jak bardzo ją to bolało. O Marku milczał – o tym temacie zamykała się w sobie. Pewnie cierpiał po męsku. Przyjaźniliśmy się. Często wyjeżdżaliśmy za miasto, urlopy spędzali razem. Weseliliśmy się, jak umieli. Tak, wszystko ma swój czas. Nieszczęście czaiło się za drzwiami, szczerząc kły.
– Dagmaro, Marka zabrała „Pogotowie”. Zawał. Boże, mówiłam mu: dajmy, weźmiemy dzieciątko z domu małego! Nie, sam się zamykał i chmurzył. Teraz nie wiem, czego się spodziewać. Wyliże się? – Krysia szlochała na ramieniu mojej bluzki.
– Uspokój się, Krysieńko. Wszystko będzie dobrze! Zobaczysz. Marek u ciebie krzepki. – Głaskałam ją po plecach, szczerze współczując.
– Ach, Dagmaro! Jak żyć bez Marka, nie pojmuję! Dla mnie to cały świat. Pocieszy, doda sił. Gdzie ja sama? – łkała Krysia.
– Nie grzeb go zawczasu, Krysiu. Zbierz się. Nie rozpływaj. Makijaż, manicure, włosy… Uśmiech na twarz i ruszaj do szpitala! Marek na nowo cię pokocha i prędzej dojdzie do siebie…
Wówczas szczęśliwie się to skończyło. Marka podreperowali, znów stąpał po ziemi. Życie potoczyło się dalej.
Wkrótce Marek i Krysia przysposobili trzyletnią córeczkę Darię. Dom ich stał na szczycie szczęścia.
– Już teraz i umierać nie strach! – wyrzekł nagle Marek przy świątecznym stole.
– Co ty? Teraz dopiero masz żyć, córeczkę chować – zdziwiliśmy się niespodziewanej mowie.
– To dlatego, że nie na marne żyłem. Choć jedną dziecięcą duszę ogrzałem, przytuliłem. Na Krysię moją liczę. Da sobie radę z córunią. Pozwalam jej za mąż wyjść, gdyby co… – Marek mówił ze smutkiem głębokim jak Wisła w nurcie.
– Oj, Marku, nie wydziwiaj! Podnieśmy kielichy za nasze szczęście! – wzniósł toast mój Janek.
Zapomnieliśmy o proroczych słowach. Do czasu…
Anioł Śmierci, niby chromy osiołek, stuka do każdej furtki. Nie ustrzegł się Marek. Drugi, niszczycielski zawał nie zostawił nadziei. Marek śpi snem kamiennym.
Została Krysia z przybraną córką. Opłakała męża, jak przystało, i dźwignęła się. Miała wtedy trzydzieści lat. Przyjaciółka zupełnie zmieniła styl. Z blondynki stała się kruczoczarną, odnowiła szafę i uśmiechała się częściej. Wciąż spotykaliśmy się przy świątecznych stołach.
Mój Janek nie mógł się doczekać tych spotkań. Przy Krysi Janek iskrzył dowcipami, śmiał się nie w porę, starał się ująć młodą wdowę. Zaś córeczkę Krysi nosił na rękach.
Bagatelizowałam te zaloty. Myślałam, że chce pomóc, wesprzeć w trudzie żonę druha. O, jakże myliłam się…
Krysia zaprosiła nas z mężem na urodziny Darlinki. Daria skończyła dziesięć lat.
Przy stole śmialiśmy się, życząc solenizantce, by rosła duża i grzeczna.
– Tatusiu, kiedy już przyjdziesz do nas na stałe? – szeptała Daria… do ucha Janka.
Janek pocałował dziewczynkę w policzek i odszepnął:
– Niedługo, zajączku, niedługo…
Udawałam, że nie dosłyszałam. Nie robić awantury przed dzieckiem. T
Lecz pośród tych starych zdjęć zrozumiała, że choć serce rani wspomnienie, cisza poranka i pierwszy promień słońca na firance niosą cichą obietnicę, iż rany zabliźniają się pomimo wszystko, a dusza, jak wiosenna ziemia, znajduje w końcu siłę, by znów wydać z siebie nowe życie, pomimo łez, które spokojnie ocierała dłonią.
MIŁOŚĆ NIE ZNA GRANIC



