Miłość nie na pokaz
Dzisiaj znowu wyszłam z domu z pełnym wiadrem paszy dla świń i zirytowana przeszłam obok męża, Grzegorza. Znowu już trzeci dzień przy studni majstruje. Zamarzyło mu się zrobić ozdobną, jakby nie miał innych obowiązków! Żona haruje przy gospodarstwie, karmi zwierzynę, a on stoi ze świdrem w ręku, cały w trocinach i zadowolony się do mnie uśmiecha. Co to za mężulek mi się trafił? Ani ciepłego słowa nie powie, ani pięścią w stół nie walnie tylko pracuje i czasem podejdzie, popatrzy w oczy, pogładzi moją grubą warkocz i na tym koniec czułości. A we mnie taka tęsknota, żeby choć raz powiedział: świtezianko moja czy gołąbeczko
Przez chwilę zamyśliłam się nad swoim kobiecym losem i omal nie wywróciłam się o starego psa Burego. Błyskawicznie zareagował Grzegorz, podtrzymał mnie, a na psa spojrzał groźnie:
No i po co pod nogi właścicielce wchodzisz, jeszcze ją poturbujesz!
Bury ze wstydem opuścił oczy i pokuśtykał do budy. A ja po raz kolejny pomyślałam, jak te zwierzęta wyczuwają mojego męża. Spytałam go kiedyś skąd to się bierze, tylko odparł:
Kocham zwierzęta, one odwzajemniają miłość.
A i mi marzyła się miłość taka, żeby mnie na rękach nosił, szeptał czułe słowa, kwiaty rano na poduszkę kładł… Ale Grzesiek na czułości był skąpy, zaczęłam się nawet zastanawiać czy w ogóle mnie kocha?
Szczęść Boże, sąsiadeczki zaglądnął przez płot Wojciech Grzesiek, ty znowu z tą swoją studnią? Po co ci te wzory, komu to potrzebne?
Chcę, żeby dzieci moje przy pięknie rosły na porządnych ludzi.
Tylko najpierw jakieś dzieci trzeba spłodzić! parsknął śmiechem Wojtek, puszczając do mnie oko.
Grzegorz smutno na mnie zerknął, a ja zarumieniona uciekłam do domu. Nie spieszyło mi się do dzieci, jeszcze młoda, ładna, trochę dla siebie chciałam pożyć, a mąż taki nijaki. A Wojtek ach, aż miło popatrzeć! Wysoki, barczysty, Grzesiek wcale niebrzydki, ale tamten to dopiero kawaler! Jak się przywita pod bramą, powie: Rosiczko, słońce moje aż serce przyspiesza, nogi miękną, ale uciekam, nie daję się namówić. Za mąż wyszłam ślubowałam, rodzice nauczyli honoru i wierności.
Tyle że ciągle myślę: dlaczego tak ciągnie mnie, by choć przez okno spojrzeć i spojrzeniem się z Wojtkiem spotkać?
Następnego ranka wyprowadzałam krowę na łąkę, spotkałam Wojciecha przy furtce:
Anielko, perło moja, czemu mnie unikasz? Boisz się czy co? Nie mogę się napatrzeć na twoją urodę, aż mi się w głowie kręci, jak cię widzę.
Przyjdź do mnie o świcie. Jak twój Grzesiek na ryby pójdzie, przyjdź do mnie. Obdarzę cię taką czułością, szczęśliwsza nie będziesz nigdy.
Aż się we mnie zagotowało ze wstydu, policzki spłonęły, serce mocniej zabiło, ale nic nie odpowiedziałam, tylko minęłam go szybko.
Będę czekał rzucił za mną.
Myślałam o nim cały dzień. Tak bardzo chciałam miłości, czułości, a Wojciech taki piękny, takim spojrzeniem patrzy! Ale nie mogłam się zdecydować na taki krok. Do świtu daleko może zdążę przemyśleć…
Wieczorem Grzegorz napalił w domowej saunie. Zaprosił też sąsiada. A ten się ucieszył, swojej nie musiał nagrzewać, drewna oszczędzi. Naparzali się w łaźni brzozowymi witkami, sapali z przyjemności. Potem usiedli w przedsionku, odpoczywali. Postawiłam im na stół karafkę swojskiej okowity, przygotowałam przekąski, ale przypomniałam sobie o małosolnych ogórkach w piwnicy. Zeszłam, nabrałam ogórków, wracam, a tu z półotwartych drzwi słyszę rozmowę, więc się zatrzymałam.
Czemu taki niezdecydowany jesteś, Grzesiek? Chodź, nie pożałujesz. Tam takie wdówki, tak cię wymiziają, a jakie piękne oko cieszy! Nie to co twoja Anielka, taka myszka szara.
Nie chcę, Wojtek odpowiedział cicho, lecz stanowczo mój mąż nie potrzeba mi żadnych piękności. Nawet nie mam ochoty o tym myśleć. Moja żona to nie myszka szara, tylko najpiękniejsza kobieta w całej Polsce. Żaden kwiatek nie jest piękniejszy od niej, żadna jagoda nie dorówna jej urodzie. Kiedy na nią patrzę, nie widzę słońca tylko jej oczy Tak mnie miłość zalewa, jak rzeka wiosną, tylko nieszczęście, bo nie umiem tego powiedzieć, nie potrafię jej wyznać jak mocno ją kocham. Ona przez to się złości, widzę to. Wiem, że to moja wina, bardzo się boję ją stracić, bo bez niej nie mógłbym przeżyć ani dnia, nawet oddechu nie wziąłbym bez niej.
Słuchałam bez ruchu, łza poleciała mi po policzku. Potem podniosłam głowę, weszłam do przedsionka i twardo powiedziałam:
Idź, Wojtku, do swoich wdówek, a my z mężem mamy ważniejsze sprawy. Jeszcze nikt nie podziwia tej piękności, którą Grzesiek dla nas rzeźbi. Wybacz mi, mój kochany, za głupie myśli i moją ślepotę. Miałam szczęście w rękach, a nie widziałam go. Chodź, za dużo już czasu zmarnowaliśmy…
Rankiem, gdy świtało, Grzegorz nie poszedł na ryby.



