Weronika wyszła ze sklepu, poprawiła siatkę z zakupami i ruszyła w stronę domu. Zakupów było niewiele, a jednak torba ciążyła jak kamień. Zatrzymała się przed blokiem. „W oknach ciemno. Znowu Kasia uciekła na imprezę…” – potrząsnęła głową. – „Niech tylko wróci… Odkąd poznała tego Darka, tylko problemy: oceny w dół, wagary. Nauczyciele skarżą się. A tu matura za pasem, studia. Jak wpadnie w moje ręce, pokażę jej…” – wściekała się w duchu, wchodząc po schodach do mieszkania.
W kuchni postawiła zakupy na krześle. Spojrzała na kuchenkę. „Prosiłam, żeby ugotowała ziemniaki albo makaron. Pewnie, uciekła… Co ja z nią zrobię? Oj, ty…”
Zrzuciła kurtkę ostrym ruchem, powiesiła w przedpokoju i wróciła. Trzaskała drzwiczkami lodówki, brzęczała garnkami – Weronika w nerwach szykowała kolację, obiecując sobie, że tym razem postawi sprawę jasno.
Ale Kasia nie spieszyła się do domu. Już pół do jedenastej, a jej wciąż nie było. Weronika chodziła po mieszkaniu jak tygrys w klatce, powtarzając w myślach:
„Tylko niech wróci… Tylko niech spróbuje, pokażę jej, gdzie raki zimują… Wszystko dla niej, żeby miała lepiej, a ta nawet makaronu nie ugotuje… Myśli, że ja nie chciałam sobie życia ułożyć? Sama zostałam z dzieckiem, a ona niewdzięcznica chce powtórzyć moje błędy? Niech spróbuje, zobaczy, co to znaczy dorosłość…”
Złość wrzeć w niej jak w garnku. Chciała rzucić czymś, rozładować napięcie.
Gdy w zamku zaskrzypiał klucz, serce podskoczyło jej z ulgi. Lecz gdy zobaczyła córkę – rozpromienioną, z błyszczącymi oczami – gniew wrócił ze zdwojoną siłą.
„Gdzie ty byłaś?! Wiesz, która godzina? A lekcje? Matura za rogiem, a ty się włóczysz po nocach!” – krzyczała, nie zważając na sąsiadów.
„Zrobiłam lekcje…” – zaczęła Kasia.
„Cicho! Nie przerywaj matce! Myślałam, że skończysz studia, znajdziesz dobrą pracę, będzie nam lżej. A ty w moje ślady!”
„Żadnych twoich śladów nie powtarzam…” – burknęła Kasia, oczy przygaszone, policzki w rumieńcach.
Weronika zacisnęła zęby, by nie rzucić czymś ostrym. Bezradnie rozejrzała się po przedpokoju, szukając „narzędzia perswazji”. Kasia próbowała przemknąć do pokoju, ale Weronika sięgnęła po parasol stojący przy szafce.
„Mamo!” – Kasia skuliła się, zasłaniając głowę.
Ten krzyk, ta postawa… Ręka Weroniki opadła. Parasol z hukiem upadł na podłogę. Nagły spadek adrenaliny – jakby z niej uciekło powietrze.
„Cały dzień nie wiedziałam, gdzie jesteś, a ty… Co to na twoim palcu? Skąd?” – zapytała słabym głosem, osuwając się na stołek.
Kasia powoli odsłoniła twarz, spojrzała na prosty złoty pierścionek z białym kamykiem.
„Darek mi dał” – szepnęła, spoglądając niepewnie na matkę. Burza chyba minęła.
„Jesteś jeszcze uczennicą. On o tym nie wie?” – Weronika wpatrywała się w pierścionek.
„Wie. No i co? Za dwa miesiące zdam maturę i…”
„Będziesz dorosła? Proszę bardzo. Ale póki mieszkasz ze mną, szanuj moje zasady. Myślisz, że dorosłość to robienie, co chcesz? Wagarowanie? A jak zajdziesz w ciążę?!” – głos się załamał.
„Mamo, on mnie kocha. Ja też…” – Kasia mówiła z desperacją.
„Gdyby cię kochał, nie narażałby cię na kłopoty. Skąd się wziął ten chłopak…” – Weronika potrząsnęła głową, westchnęła ciężko.
Nocą nie mogła zasnąć. Myśli wirowały: jak to się stało, że jej Kasia – zdolna, piękna, zawsze grzeczna – tak się zmieniła? Wyobrażała sobie najgorsze scenariusze. W końcu zadzwoniła do jedynej przyjaciółki, Haliny.
„Co się stało?” – Halina ziewnęła.
„Przepraszam… Kasia… ten chłopak, wagary, nauczyciele skarżą… Dał jej pierścionek! Mówi o miłości, a ma siedemnaście lat!”
Halina znów ziewnęła. „Mówiłam, żebyś jej nie trzymała pod kloszem…”
Rano Weronika podjęła decyzję. Wyszła do pracy, zabrała klucze córki, a drzwi zamknęła na zapasowy zamek. „Niech posiedzi w domu. Zastanowi się.”
Kasia dzwoniła wściekła. „Po co mnie zamykasz?!”
„Żebyś pomyślała. Porozmawiamy jak wrócę.”
Ale po południu, wracając, zobaczyła tłum przed sąsiednim blokiem. Ktoś krzyknął: „Patrz na dach!”
Dwie sylwetki stały na krawędzi. Kasia i Darek.
„Jak?! Przecież zamknęłam drzwi!” – Weronika osłupiała.
„Dzisiaj podjechał podnośnik…” – ktoś obok mruknął.
„Kasia!” – krzyknęła, lecz głos uwiązł w gardle.
„Nie podchodźcie, skoczymy!” – Darek drżał, ale brzmiał bardziej jak przestraszony chłopak niż groźba.
Nagle Kasia zachwiała się. Weronika rzuciła się do przodu – świat pociemniał…
Otworzyła oczy. Nad nią pochylał się młody mężczyzna w mundurze.
„Spokojnie. Córka żyje.”
Kasia stała obok, zalana łzami. Darek nie przeżył upadku.
Minęły tygodnie. Kasia zamknęła się w sobie. Dopiero gdy odwiedził ją Paweł – ten sam ratownik z tamtego dnia – zaczęła znów uśmiechać się.
Dwa lata później wzięli ślub.
Miłość bywa jak ogień – przyciąga, ale i parzy. Niektóre uczucia gasną, zanim nauczymy się je rozumieć. Inne – kończą się zbyt wcześnie. Najważniejsze, by po burzy zostało choć trochę słońca…



