Miłość

**Miłość**

Marek długo siedział, wpatrując się w telefon. Odkładał to zbyt długo. W końcu, wziąwszy głęboki oddech, nacisnął przycisk wybierania. Rozległ się pierwszy sygnał, potem drugi… „Nie, nie mogę” — przeklinał siebie za tchórzostwo. Już chciał rozłączyć się, gdy nagle usłyszał głos Tomka:

— Hej, stary! Gdzie się podziewałeś?

— Cześć. No, sprawy się trochę pokręciły…

— Wszystko w porządku? Pomóc ci w czymś? — natychmiast zareagował przyjaciel.

— Nie, wszystko gra. A u was jak?

— U nas też w miarę. Tylko ta nasza Kasia… Zakochała się, wyobrażasz? Raz płacze, raz tańczy. Raz nie wygonić z domu, raz znika do nocy. I najgorsze — milczy jak grób. A ty? Wciąż nie ożeniłeś się?

Marek przełknął ślinę, jakby stał na trampolinie przed skokiem. Oto i ten śliski moment.

— Nie, ale zamierzam — odezwał się nagle ochrypłym głosem.

— Naprawdę znalazła się ta, co skruszyła serce wiecznego kawalera? Najwyższy czas, stary. Tylko nie zapomnij nas na wesele zaprosić. Jak nas ociątniesz, to się obrażę.

— Jasne. Bez was się nie obejdzie.

— A do nas nie wpadniesz?

Marek na to czekał. Drogi powrotnej już nie było.

— No właściwie… jestem już tutaj. Od pół roku.

— Co?! Czemu mi nie mówiłeś, gołowąsie?! W hotelu siedzisz? Ola by ci tego nie wybaczyła. Kiedy do nas?

— Hej, zwolnij trochę, ledwo nadążam — zaśmiał się Marek. — Wpadnę, jak znajdę czas.

Przyjechał dawno, pół roku temu. Ale Tomek nie musiał o tym wiedzieć. Kupował mieszkanie, urządzał je, załatwiał pracę, a do tego ojciec chorował. A przede wszystkim — przez Kasię nie mógł się wcześniej odezwać.

— Żadnego „kiedyś”! Słyszysz? Znam cię. Dzisiaj od razu do nas — zapalił się Tomek.

— Dzisiaj już późno. Jutro — obiecał Marek.

— Pamiętaj, jutro czekamy. Idę Oldze oznajmić dobrą nowinę.

Pierwszy krok był zrobiony. Gdyby Tomek wiedział, jakiego im świnięcia przygotował, nie cieszyłby się tak bardzo. Kasia mogła być z niego dumna. On zaś zachowywał się jak małolątko, bojące się poznania rodziców dziewczyny. *„A Kasia to dopiero twarda sztuka. Szaleństwo — pamiętam ją jeszcze jako malutką, a teraz myślę o ślubie.”*

Ale po kolei…

***

Znali się od pierwszego roku studiów — Tomek, Marek i Olga. Obaj zakochali się w tej samej pięknej i bystrej dziewczynie. Wielu ją adorowało, lecz nikt nie miał szans w starciu z Tomkiem i Markiem. Kłócili się przez nią, żaden nie chciał ustąpić. Jeśli Olga domyślała się burzy w ich sercach, udawała, że nic nie widzi. Traktowała obu tak samo, nikogo nie faworyzując i — co ważne — nie wykorzystując swojej pozycji.

Chłopaki wariowali, niemal doszło do bójki. W końcu umówili się, że jeśli Olga wybierze któregoś lub kogoś zupełnie innego — nie będą przeszkadzać. Mimo to każdy starał się zwrócić jej uwagę. Ale Olga trzymała dystans. Nie pozostało im nic innego, jak czekać.

Pod koniec trzeciego roku Olga nagle zaczęła okazywać zainteresowanie Markiem. Pękał z dumy. Tomek zaś oszalał z rozpaczy i miłości, lecz umowa to umowa. Wycofał się tak bardzo, że przestał nawet chodzić na uczelnię, byle tylko ich nie widywać.

Marek kupił flaszkę wódki i przyszedł do przyjaciela. Pili i rozmawiali całą noc. Nad ranem Marek zrozumiał, że nie kocha Oli tak mocno, jak Tomek. Tamten naprawdę nie wyobrażał sobie bez niej życia.

Rozwiązał sprawę prosto — udawał, że zajął się inną dziewczyną. Olga oczywiście się zirytowała, urządziła mu scenę, płakała, oskarżała o zdradę. Jak przewidział Marek, pociechy szukała u Tomka.

A ten kochał ją tak bezgranicznie, że w końcu Olga odwzajemniła to uczucie. Marek trochę zazdrościł, miłość nie minęła od razu, ale wiedział, że z Tomkiem Olga będzie szczęśliwsza. Nigdy nie żałował tej decyzji. Ani Tomek, ani Olga nie podejrzewali, jaką rolę odegrał w ich związku.

Pobrali się zaraz po studiach. Marek był świadkiem na ich ślubie. Dziewięć miesięcy później Olga urodziła córeczkę. Przyjaciele razem pojechali do szpitala. Obaj szczęśliwi, z kwiatami. Położna zawahała się, komu wręczyć zawiniątko owinięte różową wstążką.

Tomek wysunął się pierwszy, wziął córeczkę na ręce, lecz po chwili podał ją Markowi.

— Weź, boję się ją upuścić, zbyt się denerwuję — szepnął.

Marek wziął, zajrzał do kocyka i ujrzał tam mały cud — różowe usteczka, nosek jak guziczek i aksamitne policzki. Serce zabiło mu mocniej, a w oczach zabłysły łzy. *„Mogła być moją córką”*, pomyślał.

Kilka dni później Marek nagle wyjechał. Najpierw do Lublina, potem na północ. Wracając na wakacje, odwiedzał przyjaciół. Kasia rosła, stając się coraz bardziej podobna do matki. Z chuderlawej dziewczynki z warkoczykami zmieniała się w zgrabną, piękną kobietę. Zazdrościł im ich szczęścia. Sam zaś nie znalazł tej jedynej, która skradłaby mu serce. Były kobiety, ale nigdy nie doszło do ślubu.

***

Do Kasi zawsze miał szczególny stosunek. Może przez tę chwilę w szpitalu, gdy serce wypełniło się miłością na widok małego cudu. Gdy tym razem przyjechał na urlop, zdumiał się, jak bardzo dojrzała, jak bardzo przypominała Olgę sprzed lat. Nie biegła już radośnie, nie całowała go w policzek jak kiedyś. Jej skrępowanie tłumaczył sobie dorastaniem.

Wakacje, jak zawsze, minęły za szybko. Rodzice się starzeli, chorowali, więc Marek poważnie zaczął myśleć o powrocie. Pożegnali się w domu, bo wyjeżdżał najwcześniejszym pociągiem do Warszawy, skąd miał lecieć do Gdańska.

W wagonie było pusto. Marek usadowił się przy oknie, zamknął oczy, próbując się zdrzemnąć. Nagle poczuł, że ktoś siada naprzeciwko. Otworzył oczy i oniemiał — przed nim siedziała Kasia. Sen pierzchnPociąg ruszył, a Marek wciąż czuł na ustach słodki smak jej pocałunku, choć wiedział, że największa walka dopiero przed nim.

Rate article
Fajna Tajna
Miłość