15 maja 2023
Siedziałem długo, wpatrując się w telefon. Odkładałem to już od dłuższego czasu. W końcu wziąłem głęboki wcho i nacisnąłem przycisk wybierania. Jeden sygnał, drugi… “Nie, nie mogę” – przekląłem w duchu własne tchórzostwo i już chciałem rozłączyć się, gdy nagle usłyszałem głos Mikołaja:
– Cześć, stary dziwaku! Gdzie się podziewałeś?
– Hej. Sprawy, wiesz…
– Wszystko w porządku? Potrzebujesz pomocy? – od razu zareagował przyjaciel.
– Nie, wszystko dobrze. A u was jak?
– U nas także. Tylko Weronika ostatnio dziwnie się zachowuje. Zakochała się, wyobrażasz? Raz płacze, raz tańczy. Raz nie da się jej z domu wyrzucić, raz znika do późna. I najgorsze, że milczy jak zaklęta. A ty, wciąż nie ożeniłeś się?
Przełknąłem ślinę, jakby przed skokiem z dziesięciometrowej trampoliny. Oto ten śliski moment.
– Nie, ale zamierzam – odpowiedziałem nagle ochrypłym głosem.
– Czyżby znalazła się w końcu ta, która podbiła serce wiecznego kawalera? Najwyższy czas, stary. Tylko nie zapomnij zaprosić nas na wesele. Będzie przykro, jeśli nas olśniesz.
– Koniecznie. Bez was ani rusz.
– A do nas nie wpadniesz?
Tego się spodziewałem. Drogi powrotnej już nie ma.
– Właściwie to… już jestem w mieście.
– Co? Jak to? Czemu nic nie mówisz, człowieku? W hotelu się ulokowałeś? Beata będzie obrażona. Kiedy do nas wpadniesz?
– Hej, zwolnij, nie nadążam z odpowiedziami – zaśmiałem się. – Wpadnę któregoś dnia.
Przyjechałem dawno temu, pół roku temu. Ale przyjaciel nie musi o tym wiedzieć. Kupowałem mieszkanie, urządzałem, załatwiałem pracę, a do tego ojciec chorował. I przede wszystkim – przez Weronikę nie chciałem się pojawiać za wcześnie.
– Żadnego “któregoś dnia”. Słyszysz? Znam cię. Przyjeżdżaj dziś – zapałał Mikołaj.
– Dziś już późno. Jutro – obiecałem.
– Pamiętaj, czekamy. Idę powiedzieć Beacie.
I tak oto pierwszy krok został zrobiony. Ech, gdyby tylko Mikołaj wiedział, jakiego świra im z Beatą szykuję, może nie cieszyłby się tak bardzo. Weronika może być z nich dumna. A ja zachowuję się jak tchórzliwy smarkacz, który boi się poznania rodziców swojej dziewczyny. “A Weronika to dopiero ma charakter – nie wydała mnie. Nie do wiary, trzymałem ją na rękach jako noworodka, a teraz chcę się z nią żenić”.
Ale od początku…
***
Poznaliśmy się na pierwszym roku studiów – Mikołaj, ja i Beata. Obaj zakochaliśmy się w tej pięknej i mądrej dziewczynie. Podobała się wielu, ale nikt nie mógł konkurować z nami dwoma. Kłóciliśmy się przez nią, żaden nie chciał ustąpić. Jeśli Beata domyślała się burz w naszych sercach, to udawała, że niczego nie zauważa. Traktowała nas tak samo, nie faworyzowała nikogo i – trzeba jej to przyznać – nie wykorzystywała swojej pozycji.
Chłopaki wariowali, sprawa o mało nie skończyła się bijatyką. W końcu ustaliliśmy, że jeśli wybierze któregoś z nas (lub kogoś zupełnie innego), drugi się nie wtrąci. Mimo to każdy z nas starał się zwrócić jej uwagę. Ale Beata pozostała neutralna. Nie pozostawało nam nic innego, jak czekać.
A pod koniec trzeciego roku Beata nagle zaczęła okazywać zainteresowanie mną. Pękałem z dumy. Mikołaj zaś oszalał z rozczarowania i miłości, ale umowa to umowa. Wycofał się tak bardzo, że przestał nawet chodzić na zajęcia, byle tylko nas nie widzieć.
Kupiłem butelkę wódki i poszedłem do niego. Cały wieczór piliśmy i rozmawialiśmy. Pod koniec zdałem sobie sprawę, że nie kocham Beaty tak mocno jak on. On naprawdę nie wyobrażał sobie bez niej życia.
Rozwiązałem sprawę prosto – udawałem, że związałem się z inną dziewczyną. Beata oczywiście zazdrościła, urządziła mi awanturę, płakała, oskarżała o zdradę. Jak przewidziałem, pociechy szukała u Mikołaja.
A on kochał ją tak bezgranicznie, że wkrótce Beata odpowiedziała mu równie szczerym uczuciem. Oczywiście, zazdrościłem, miłość nie minęła od razu, ale rozumiałem, że z Mikołajem będzie szczęśliwsza. Nigdy nie żałowałem tej decyzji. Ani Mikołaj, ani Beata nie domyślali się, jaką rolę odegrałem w ich małżeńskim szczęściu.
Pobrali się zaraz po studiach. Byłem świadkiem na ich weselu. Dziewięć miesięcy później Beata urodziła córkę. Razem z Mikołajem pojechaliśmy do szpitala powitać ją z maleństwem. Obaj szczęśliwi, z kwiatami. Położna zawahała się nawet, któremu z nas wręczyć ten różowy zawiniak.
Mikołaj wysunął się pierwszy, wziął córeczkę na ręce, ale zaraz potem podał ją mnie.
– Słuchaj, weź ją, boję się, że upuszczę – szepnął. – Zbyt się denerwuję.
Wziąłem ją, zajrzałem w kokon z koronek i ujrzałem tam małe cudo – różowe ustka złożone w ciup, nosek jak guziczek i aksamitne policzki. Serce zareagowało taką falą czułości, że oczy zaszły mi łzami. “Mogła być moją córką” – pomyślałem.
Kilka dni później nagle wyjechałem. Najpierw do Gdańska, potem na północ. Na wakacje wracałem, odwiedzałem przyjaciół. Weronika rosła, będąc kopią matki. Z chudziutkiej dziewczynki z warkoczykami zmieniała się w zgrabną, piękną nastolatkę. Zazdrościłem im tego szczęścia, ale bez złości. A mnie samemu jakoś nie udało się spotkać tej jedynej, która podbiłaby moje serce. Kobiety były, ale do ślubu nie dochodziło.
***
Do Weroniki zawsze odnosiłem się szczególnie. Może z powodu tamtej chwili w szpitalu, gdy serce zalało się miłością na widok tego małego cudu. Gdy tym razem przyjechałem na urlop, osłupiałem, jaka stała się dorosła, jak bardzo przypominała Beatę, w której kiedyś byłem zakochany. Nie rzuciła mi się na szyję, nie całowała w policzek, jak robiła to zawsze, gdy wpadałem do nich. Jejs skrępowanie w mojej obecności tłumaczyłem sobie dojrzewaniem.
Urlop, jak zawsze, minął za szybko. RodziceMinęły lata, a ja wciąż patrzę na różową wstążkę w szufladzie i myślę, że życie potrafi być dziwniejsze niż najszaleńsze opowieści.



