Mieszkała u nas w sąsiedniej Wierzbowej, tuż przy rzece, pewna dziewczyna. Lubaszka miała na imię. Cicha była, nie rzucająca się w oczy. Wiecie, są tacy ludzie – niby są, a jakby ich nie było. Oczy zawsze spuszczone, warkoczyk cienki, jasnorudy, chustka stara. Pracowała na poczcie, listy sortowała i emerytury roznosiła.

Dawno, dawno temu aż trudno uwierzyć, jak ten czas leci mieszkała za naszym płotem w małej wiosce nad Wartą jedna dziewczyna. Polka ją zwali. Cicha była, skromna, tak niepozorna, że czasem można było zapomnieć, że jest. Sfrustrowane spojrzenie wbite w ziemię, cieniutki warkocz w kolorze popielatego złota, chusteczka na głowie, zawsze już nieco znoszona. Pracowała na miejscowej poczcie sortowała listy, roznosiła emerytury.

Nikt za bardzo na nią nie zwracał uwagi. Nasi chłopaki ze wsi wiadomo, jak koguty co ich ciągnie, to żeby dziewczyna była krzykliwa, odważna, charakter miała. A Polka…

Aż pewnego roku, na wiosnę, przysłali do naszego PGR-u nowego mechanika. Stanisław się zwał. Wysoki, silny, z czarnymi jak noc włosami, oczy miał psotne, zawsze z błyskiem. A przy tym harmonistą był jak zaczął grać pod wiejskim klubem, dziewczynom serca miękły w sekundę. I Polce zmiękło. Tak mocno, że wszystko w niej się przewróciło.

Tylko jakie ona miała szanse, taka szara jak myszka, przy takim jastrzębiu? Wokół niego najlepsze dziewuchy pląsały, a ona tylko z daleka na niego wzdychała. I żal było patrzeć, słowo daję.

Aż tu nagle, drodzy moi, coś się we wsi zaczęło dziać jakby nieswojo.

Do Polki zaczęły przychodzić listy. Z Poznania. Koperty eleganckie, papier gruby, pismo męskie, rozległe, stanowcze. Jako że Polka sama pracowała na poczcie, zawsze te listy do rąk najpierw brała, ale długo się nie dało ukryć nasza najstarsza listonoszka, ciotka Genowefa, jęzor miała ostry, zaraz rozgłosiła po całej wsi:

Nasza Polka romans ma! Miejski pisze, do tego często! Pewnie niedługo się doczekamy zaproszenia na wesele!

Polka chodziła tajemnicza, zarumieniona, w oczach połysk, jakiego jeszcze nie widzieliśmy. I wiecie, naprawdę wypiękniała. Oddychała jakoś śmielej, warkocz ścisły, przewiązany nową wstążką. Szła przez wieś z kopertą w dłoni jakby medal niosła.

I Stanisław zauważył. Zdarzało się, że spojrzał w jej stronę z zaciekawieniem. A wiecie, jak to z mężczyznami jak się dowiedzą, że ktoś zwrócił na kobietę uwagę, to i oni zaczynają się zastanawiać.

Polka, biedna dusza, wchodziła w to wszystko coraz głębiej. Siadała czasem na schodkach przed pocztą, czytała coś pod nosem, uśmiechała się cicho. A sąsiedzi szeptali: No spójrzcie, miała szczęście nasza szara myszka.

Koniec tej historii przyszedł nagle, jak burza po pogodnym dniu. I przyszedł gorzko.

Było święto pod wiejskim domem kultury tłum, muzyka z harmonii, młodzież tańczy. I Polka przyszła, nowa sukienka z kretonika, torebka przez ramię.

Podbiegli do niej lokalni łobuziacy, bracia Sikorowie, już po kieliszku. Zmienili żarty, zerwali jej torebkę. Pasek się urwał, torebka wylądowała w kałuży, wszystko się rozleciało: grzebyk, chusteczka, i wstydliwa paczka listów przewiązana wstążką.

Sierżant Sikor, Wojtek, złapał listy, zawołał śmiejąc się:

No, poczytajmy, co ten poznaniak naszej Polce wypisuje!

Polka rzuciła się w jego stronę, cała blada:

Oddaj, nie waż się!

Ale nic to nie dało. Wojtek był sprytny, przewiózł się, wyciągnął arkusz z jednej koperty i zaczął czytać na głos, aż wszyscy ucichli:

Moja droga Polciu! Twe oczy jak mazurskie jeziora…

Wszyscy słuchali, bo było pięknie napisane. Ale zaraz się zawahał, przewinął drugi list już gniotący się, pokreślony prawie na krzyż. Podszedł bliżej do latarni, zmrużył oczy.

Ej, ludzie! Patrzcie! Ale żenada!

Podniósł list do góry:

Tu wszystko przekreślone! Pierwsze napisane: Droga Polko, później tu grubo przekreślone, pod spodem Najukochańsza moja Polko i znowu przekreślone! Przecież to szkic, dzieciaki! Ona sama sobie to pisała! Sama wymyślała i poprawiała!

Śmiech się rozlał po całej wsi, aż liście popadały z brzóz.

Sama sobie listy pisze!
Tylko patrzeć, jak wymyśli sobie narzeczonego!

Polka stała w środku tego kółka, twarz chowając w dłoniach, ramionami drżącymi. Było jej tak wstyd, że aż chciało się uciec z tej wsi w nieznane. Byłam wtedy młoda, nie wiedziałam co robić, tylko łapałam oddech.

Nagle umilkła muzyka.

Stanisław, do tej pory siedzący na schodach z harmonią na kolanach, odłożył instrument. Wstał, powoli zszedł na dół. Tłum się rozstąpił, bo spojrzenie miał zimne i ciężkie.

Podszedł do Wojtka. Bez słowa odebrał mu listy. Ten nawet ni śmiał się odezwać. Stanisław zebrał koperty, strzepał kurz. Podszedł do Polki, która wciąż nie odważyła się odsłonić twarzy.

Chwycił ją pod ramię delikatnie, lecz stanowczo i powiedział głośno, by wszyscy słyszeli:

Czego się patrzycie? Nigdy człowieka nie widzieliście?

Potem już ciszej, tylko do niej:

Chodź, Polko. Odprowadzę cię, bo już późno.

I poszli, powoli, wśród nagłej, przejmującej ciszy. On z podniesioną głową, z jej torebką i listami, ona przy jego ramieniu. Wtedy to wszystko zaczęło się naprawdę zmieniać. Nie od razu: długo Polka nie miała odwagi spojrzeć ludziom w oczy. Ale Stanisław nie odpuszczał. Wracał po nią z pracy, przynosił jabłka z sadu. Pół roku później była ich skromna, ale pełna radości wiejska uroczystość.

Żyli we dwoje jak w najlepszym małżeństwie. Stanisław nosił ją na rękach. Polka rozkwitła, gospodyni z niej była jak malowana, urodziła mu trzech synów. I nikt już nigdy nie wspominał o tamtym wstydzie z listami. Stanisław potrafił spojrzeć tak, że każdemu odechciewało się plotkować.

Minęło wiele lat. Stanisława zabrakło trzy lata temu serce nie wytrzymało. Pola już wtedy pani Pola Stanisławowa bardzo przygasła po jego śmierci. Odwiedzam ją czasem, mierzę ciśnienie, pijemy herbatę, wspominamy.

Było już późną jesienią: deszcz stukał o blachę, polana trzaskały w kuchennym kaflowym piecu. Pola grzebała w komodzie, wyciągnęła starą, rzeźbioną szkatułkę Stanisław własnoręcznie wtedy ją zrobił.

Otwiera ją, a tam te listy… Pożółkłe, w popękanych kopertach.

Wiesz, Teresko mówi do mnie, a głos się jej trzęsie myślałam, że on te moje listy wtedy wyrzucił. Wstydziłam się przez całe życie. Nie śmiałam nawet o nie spytać. Zawsze wstyd mi było za to jedno kłamstwo.

Sięga po górny list, a pod nim cienka kartka w kratkę, nowa, biała. Widać, napisana niedługo przed śmiercią Stanisława.

Pola nakłada okulary, czyta, łzy jej spływają po policzkach.

Podaje mi kartkę: Przeczytaj, Teresko, bo oczy już nie te.

Biorę i powoli rozpoznaję nieładne, koślawe litery:

Polciu kochana. Znalazłem tę szkatułkę, przestawiając rzeczy. Wybacz mi, stary durniu, że tyle lat milczałem. Widziałem przecież, jak cię tamta historia boli, ale nie chciałem rozdrapywać ran. A dziś myślę szkoda, że wtedy nie powiedziałem ci wszystkiego. Było mi szkoda ciebie, wiedziałem od razu, że sama to pisałaś poznałem po twoim piśmie z pokwitowań. Wiesz, czemu się wtedy nie śmiałem? Bo serce mi się ścisnęło. Pomyślałem: jak bardzo trzeba być samotnym, żeby pisać do siebie słowa czułości? I jak to możliwe, że nikt dotąd nie docenił takiej duszy, jak twoja? Dziękuję tamtym listom, Polko, bo może dzięki nim nie minąłem swojego szczęścia. Byłaś i jesteś dla mnie najpiękniejsza. Twój Stanisław.

Płakałyśmy wtedy razem w ciszy. W sieni pachniało kroplami na serce, suszonymi jabłkami i tą wielką, drżącą miłością, tak dawno już niespotykaną.

Ot, życie. Kłamała z rozpaczy, by poczuć się zauważoną. A on dostrzegł, co kryło się za tym kłamstwem wielki, cichy ból i otulił ją czułością na zawsze. Patrzę dziś na tę szkatułkę… I myślę: nie potępiajcie tych, którzy popełniają głupstwa tylko spróbujcie zrozumieć, do jakiej tęsknoty mogą być zdolni.

Rate article
Fajna Tajna
Mieszkała u nas w sąsiedniej Wierzbowej, tuż przy rzece, pewna dziewczyna. Lubaszka miała na imię. Cicha była, nie rzucająca się w oczy. Wiecie, są tacy ludzie – niby są, a jakby ich nie było. Oczy zawsze spuszczone, warkoczyk cienki, jasnorudy, chustka stara. Pracowała na poczcie, listy sortowała i emerytury roznosiła.