Przemek wszedł do swojego mieszkania i zaniemówił z wrażenia… Pół roku temu dostał w prezencie małego kotka, którego nazwano Piorun. Siostrzenica, która czasami odwiedzała go z rodziną, znalazła malucha na ulicy. Wręczając Przemkowi kociaka, powiedziała:
— Mieszkasz sam. Wciąż nie możesz znaleźć sobie pary. Masz stresującą pracę jako kierowca autobusu. Gdy wracasz do domu, dobrze mieć kogoś, kto cię zawsze przywita. Koty tworzą atmosferę przytulności i spokoju…
Ach, uwierzył jej wtedy. Pomyślał, że może rzeczywiście tak jest. Wracasz do domu, zmęczony przez pasażerów i kierowców, którzy nie chcą ustąpić drogi, a tu czeka na ciebie spokojnie leżący na kanapie kotek. Miałczał, mruczał, cieszył się, chciał się przytulać i być głaskany.
Ale, oczywiście, z naiwności tak właśnie myślał, bo kot nie spełnił jego oczekiwań. Zamiast miłego i posłusznego malucha wyrósł na niesfornego nastolatka. Nie przepadał za siedzeniem na kolanach ani za głaskaniem, ale za psotami… O, ile tylko chciał!
Z niewiedzy Przemek kupił packę na muchy, którą strącał małe zwinne lub wielkie, zwane obornikowymi, muchy. Piorun pilnie obserwował Przemka w akcji, pewnie zapamiętywał i zbierał dane. Aż pewnego dnia postanowił uczynić przysługę swojemu człowiekowi. I udało mu się…
No, wróćmy do tego momentu, od którego zaczęliśmy.
***
Przemek wszedł do domu i zaniemówił. Nic! Absolutnie nic nie było na swoim miejscu. Rozgardiasz był tak wielki, że można było pomyśleć, iż dwie bandy chuliganów urządziły bójkę w jego mieszkaniu, używając… kijów baseballowych!
Krzesła były przewrócone. Wazy, szklanki i wszystko, co stało lub leżało na stołach, parapetach i szafkach, teraz pokrywało podłogę, równomiernie rozsypując odłamki szkła, gliny i plastiku…
Zasłony przypominały frędzle modnej spódnicy, a w kuchni… Ketchup spływał do słonych ogórków i dżemu. Obok leżały starannie usypane górki soli, cukru i pieprzu. Widły i łyżki były porozrzucane w kupkach. Zasłony w kuchni były zerwane razem z karniszami i leżały w całym tym bałaganie, a na kompletnie pustym stole…
Siedział bardzo zadowolony Piorun, a przed nim leżała mucha. Wielka jak samolot. Piorun spojrzał na Przemka oczami zwycięzcy, mrucząc z zadowoleniem.
No, teraz! Teraz Przemek na pewno go pochwali. Przez cały dzień, nie oszczędzając łap i wysiłku, biegał po mieszkaniu, goniąc tę bezczelną muchę. Strasznie się zmęczył, ale ją złapał! I teraz mógł ją przedstawić i zasłużyć na nagrodę.
Na myśl o pochwałach, Piorun aż przebierał łapami. Przemek podniósł krzesło i usiadł na nim. Nie wiedział, co robić najpierw. Sprzątać, jeść kolację czy ganić Pioruna, ale długo nie musiał się zastanawiać. Ktoś zadzwonił do drzwi. Wstał i poszedł otworzyć. Teraz jego zdumienie było jeszcze większe.
W korytarzu stali trzej policjanci, a za nimi – około dziesięciu sąsiadów. Policjanci trzymali ręce na rękojeściach pistoletów.
— Dzwonili do nas… — zaczął jeden z nich.
— Wielokrotnie, — dodał drugi. — Powiedziano nam, że w pana mieszkaniu dzieje się coś bardzo złego. Meble przewracają się i naczynia trzeszczą. Do tego dochodzą przerażające wrzaski i wycie. Czy mógłby pan pozwolić nam wejść do mieszkania, żebyśmy zobaczyli, czy wszystko jest w porządku, a pan… na wszelki wypadek… niech pan uniesie ręce i umieści je na głowie, a następnie odsunie się do tylnego kąta pokoju.
Sąsiedzi patrzyli na Przemka z lękiem i osądem.
— A-a-a-a… O to chodzi, — powiedział Przemek. I dodał: — Proszę, wejdźcie.
Odsunął się do tylnego kąta pokoju, krzyżując ręce na głowie. Policjanci chodzili po mieszkaniu, przyglądając się przerażającemu bałaganowi i coś czegoś szukali, przemieszczając się z pokoju do pokoju.
— Czego szukacie? — zapytał Przemek.
— Ciała, — odpowiedział jeden z policjantów. — I pana wyjaśnień dotyczących tego, co się wydarzyło.
— Ach, ciała! Zaraz je wam pokażę, — zgodził się Przemek.
Policjanci natychmiast stali się czujni i opuścili ręce na rękojeściach pistoletów. Ostrożnie, przy ścianie, starając się nie wykonywać gwałtownych ruchów, Przemek przeszedł do kuchni. I, otworzywszy drzwi, zrobił szeroki gest.
— Proszę bardzo! — powiedział. — Oto ciało.
Policjanci, odpychając Przemka, wpadli do kuchni. “Ciało” siedziało na stole i bezczelnie się uśmiechało. Podobała mu się cała ta uwaga. A przed nim leżała mucha.
Kilka sekund w pokoju panowała cisza, podczas gdy policjanci dochodzili do siebie i rozglądali się. A potem zaczęło się rozweselanie. Pierwszy zaśmiał się ten, który rozpoczął rozmowę, a za nim pękła reszta i śmiali się, aż nie mogli się powstrzymać, a Piorun patrzył na nich i na Przemka zwycięskim wzrokiem, jakby mówiąc: „No widzisz? Wszyscy są zadowoleni. To znaczy, że warto było się starać!”
Następnie policjanci przez kolejne pół godziny robili sobie zdjęcia z muchą i Piorunem na rękach na tle zniszczeń, jakie spowodował. Wszyscy śmiali się i byli bardzo zadowoleni. Najbardziej zadowolony był kot. Jeszcze jak! Wszyscy docenili jego wysiłki.
***
Kiedy policjanci i sąsiedzi odeszli, Przemek znów usiadł na krześle.
— Pomogę ci, — usłyszał głos i odwrócił się.
Obok stała sąsiadka z pierwszego piętra.
— Mam dzisiaj wolne, — powiedziała i uśmiechnęła się. — Sam będziesz się z tym męczył do nocy, a razem szybko się uporamy.
— Naprawdę nie chciałbym cię obciążać, — zmieszał się Przemek.
— Ależ skąd! — uśmiechnęła się do niego kobieta. — Wszystko w porządku. I tak nie mam co robić. Jestem sama. Nikogo nie mam. Tylko mama. Mieszka niedaleko. A zamierzasz jakoś ukarać tego łobuza, no albo chociaż zganić? — zapytała, wskazując na Pioruna.
Ten siedział na stole w kuchni, poganiając łapą tłustą muchę.
— Cóż, zganić… — westchnął Przemek. — Teraz go zganię…
Wstał, podszedł do Pioruna i wziął go na ręce:
— Jesteś takim małym łobuzem! Czy można tak robić? Nie, nie można.
Piorun przebierał łapami, bo Przemek mówił do niego. I to w taki piękny i łagodny sposób, że nie mógł się opanować i, wyciągając się do góry, liznął swojego człowieka prosto w policzek, a Przemek… pocałował go w nosek.
— No i świetnie. Tak trzymaj, — powiedział do Pioruna. — To znaczy, że dobrze zrozumiałeś. Żeby więcej tak nie robić.
I postawił kota na podłodze. Piorun zadarł ogon i zaczął się ocierać o nogi kobiety, która się śmiała.
— Ależ pięknie go zganiłeś, — uśmiechnęła się. — A czemu wcześniej cię nie zauważyłam?
— Nie wiem, — odpowiedział Przemek. — Może dlatego, że wcześniej byłem nieszczęśliwy, a teraz, odkąd pojawił się Piorun, od razu przybyło mi szczęścia.
I ręką wskazał na bałagan, jaki urządził kot.
Kobieta zadzwoniła do znajomego fachowca, a nazajutrz założono w mieszkaniu drobną siatkę na wszystkie okna. Piorun mógł teraz leżeć na parapecie i obserwować ptaki oraz wielkie muchy.
Kobieta i Przemek posprzątali cały bałagan, wynieśli i wyrzucili rozbite naczynia, umyli podłogę, zdjęli porwane zasłony. Potem pojechali do sklepów wybierać nowe. Wrócili wieczorem, Przemek nakupił przekąsek, bardzo smaczny tort i butelkę szampana. No, wiecie sami, szanowni państwo… By uczcić parapetówkę w starym mieszkaniu. Razem z kobietą.
Siedzieli przy stole w kuchni, jedli, pili i rozmawiali. I dobrze im było, a szczególnie dobrze było Piorunowi. Leżał na kolanach kobiety, snując plany… nowej pomocy dla Przemka.
***
W końcu wszystko zakończyło się świetnie. A Piorun, oczywiście, dalej szaleńczo pomaga dwojgu. Przemekowi i nowej mamie. Która przyszła do ich mieszkania tylko dlatego, że znalazła jego, Pioruna. I uznała w nim swojego ukochanego kotka.
I Przemek z mamą teraz razem sprzątają po jego pomocy. A jak wy myślicie?
A jak by inaczej?
Inaczej nie, i już.



