**Dziennik, 15 czerwca 2024**
Dziś stało się coś niezwykłego. Wybraliśmy się na wyprawę z grupą przyjaciół do Puszczy Białowieskiej rozbiliśmy namioty, rozpalamy ognisko, śpiewaliśmy piosenki przy dźwiękach gitary. Wszystko było idealne, dopóki nie zorientowaliśmy się, że zniknął jeden z nas Marek Kowalski, mężczyzna około trzydziestu pięciu lat.
Początkowo myśleliśmy, że odszedł na chwilę, może zrobić zdjęcia. Ale minuty mijały, a jego nie było. Niepokój rósł.
Tymczasem Marek szedł leśną ścieżką, aparat w dłoni. Jego uwagę przykuła rzadka roślina zatrzymał się, zrobił kilka ujęć, a gdy podniósł głowę, z przerażeniem zrozumiał: ścieżka zniknęła. Rozejrzał się tylko gęste zarośla.
Hej! krzyknął. Jestem tutaj!
Odpowiedziała mu cisza. Zaczął iść na oślep, nasłuchując głosów lub dymu z ogniska. Z każdą minutą gubił się coraz bardziej. Woda w butelce szybko się skończyła, jedzenia nie miał wcale. Las ciemniał, robiło się zimno, a strach narastał.
Przez kilka godzin wołał pomocy, bez odpowiedzi. Wtem w ciszy rozległ się dziwny dźwięk jak charkot lub jęk. Marek zastygł, serce waliło mu jak młot. Spodziewał się wilka lub dzika, lecz z krzaków wyłonił się łoś.
Zwierzę było w opłakanym stanie szyja i tułów ściśle oplecione liną. Łoś rzucał się, charcząc, ledwo oddychając.
Boże szepnął Marek, ostrożnie podchodząc. Spokojnie, nie skrzywdzę cię. Pomogę.
Powoli wyciągnął ręce, by nie spłoszyć zwierzęcia. Łoś tupał, parskał, ale nie uciekał jakby rozumiał, że człowiek chce mu pomóc.
Marek wyjął nóż i, kląc przez napięcie, przeciął grubą linę. Za każdym razem, gdy robił nacięcie, łoś się wzdrygał, ale stopniowo się uspokajał.
W końcu lina opadła na ziemię. Zwierzę wciągnęło głęboko powietrze i zastygło, patrząc prosto na Marka.
Już po wszystkim jesteś wolny wyszeptał, cofając się.
I wtedy stało się coś, co wprawiło go w osłupienie.
Łoś wydał przeciągły, niemal wołający dźwięk. Potem ruszył powoli w głąb lasu, oglądając się przez ramię, jakby zachęcając, by Marek podążył za nim.
Marek zawahał się, ale dziwne przeczucie podpowiedziało mu: idź. Ruszył za zwierzęciem.
Pół godziny przedzierali się przez gęstwinę. Marek ledwo trzymał się na nogach, ale szedł dalej. Nagle między drzewami błysnęły światła to było ognisko. Wyszedł na polanę, gdzie przyjaciele siedzieli w niepokoju, szukając go.
Odwrócił się, by podziękować łosiowi, ale zwierzę zniknęło. Tylko lekki szelest gałęzi w oddali zdradził, że odszedł w mrok nocy.


