Mężczyzna pędził na lotnisko. Lecz to, co zobaczył po drodze, zaskoczyło go tak bardzo, że musiał się zatrzymać.
Tego dnia wszystko toczyło się normalnie, z wyjątkiem ulewnego deszczu, który zalewał ulice Warszawy.
Marek Wiśniewski spieszył na swój kolejny lot, gdy nagle dostrzegł kobietę stojącą pod ścianą wody z małym dzieckiem na rękach. Przez chwilę walczył z pokusą, by nie zwalniać, nie tracić czasu ale ukłucie sumienia okazało się silniejsze. Zatrzymał samochód, wysiadł i podszedł do nich.
Dzień dobry, czy mogę jakoś pomóc? Dlaczego pani stoi tu z tym ślicznym maluszkiem? zapytał, chociaż w głębi duszy już wiedział, że odpowiedź go zaboli.
Nie mamy dokąd pójść szepnęła kobieta, a jej głos drżał. Mój mąż nas wyrzucił. Nie wiem, co teraz będzie…
Marek nie namyślał się długo. Wyciągnął klucze do swojego mieszkania na Woli i skinął na kierowcę.
Zawieź je tam, zapewnij wszystko, czego potrzebują. Ja wrócę za dwa tygodnie.
Kierowca skinął głową, pomógł kobiecie i dziecku wsiąść do auta, a Marek ruszył dalej, z ciężarem na sercu, lecz z przekonaniem, że zrobił, co trzeba.
Gdy po dwóch tygodniach wrócił do domu, zapukał, ale nikt nie otwierał. Drzwi były jednak odsunięte. Wesz


