Naprawdę tak myślisz, Leszku? Powiedz mi, że to tylko głupi żart, albo że przez szum wody źle usłyszałam.
Małgorzata zakręciła kran, wytarła dłonie w lnianą ścierkę z motywem maków i bardzo powoli odwróciła się w stronę męża. W kuchni pachniało gotowaną marchewką, rosołem, koperkiem i mandarynkami zapachem grudniowego wieczoru i świątecznej gorączki. Do północy zostało zaledwie sześć godzin. Na stole rosły stosy pokrojonych składników do sałatki jarzynowej, w piekarniku ćwiartowała się kaczka z jabłkami, a w lodówce powoli zastygała galareta z nóżek, którą robiła całą noc.
Leszek stał w progu kuchni, posapując nerwowo i miętosząc palcami guzik swojej kraciastej koszuli. Tak zawsze robił, gdy wiedział, że sytuacja jest bez sensu, a jednak nie chce się wycofać.
Małgosiu, nie zaczynaj, proszę powiedział z błagalną nutą, niemal dziecięcym tonem. U Danusi pękła rura. No dobrze, nie pękła całkiem, ale wodę odcięli i ogrzewania brak. Wyobrażasz sobie, Sylwester, a tam zimno jak w studni i dzieci zziębnięte? Przecież to też moje dzieci. Nie mogłem powiedzieć nie.
Dzieci to twoje dzieci, fakt Małgorzata starała się, by głos jej nie drżał, a jednak czuła w środku coś ciężkiego, ołowianego. A Danusia też jest twoim dzieckiem? A u matki nie może się zatrzymać? Albo u koleżanki? Hotel? Alimenty, które im płacisz, spokojnie wystarczą na apartament, i to z jacuzzi.
Jej matka w sanatorium, koleżanki wyjechały, Leszek odwrócił wzrok. Poza tym taki rodzinny czas. Chłopakom będzie miło spędzić Sylwestra z tatą. Tylko kolacja, chwila przy stole, telewizor, fajerwerki. Mamy przecież duże mieszkanie
Małgorzata omiotła kuchnię wzrokiem. Duże było ale od miesięcy czuła, że to ich bezpieczna wyspa, intymne schronienie. To ona przez tydzień szorowała fugi, dobierała bombki pod kolor firanki, kupiła Leszkowi ulubione, drogie perfumy. Wyobrażała sobie ten wieczór inaczej: we dwoje, w ciszy rozświetlonej światełkami, z elegancką zastawą i cichą płytą kolędową. Pierwszy Sylwester odkąd są razem, kiedy zostają tylko ze sobą. Teraz wszystko waliło się jak domek z kart.
Leszek, przecież się umawialiśmy wyszeptała. Ten wieczór miał być dla nas. Dla ciebie mogę przyjąć twoich synów, robię to zawsze, wiesz o tym. Ale byłą żonę? Zaprosiłeś Danusię do naszego stołu. Zdajesz sobie sprawę, jak to wygląda?
Przesadzasz fuknął Leszek, próbując dodać sobie pewności. Zachowajmy klasę, to tylko moja ex, matka chłopaków. Nie bądź taka samolubna, Małgoś. Święta są po to, żeby być dobrym. Mają być za godzinę.
Wyszedł szybko z kuchni, jakby bał się, że ona coś w niego zaraz rzuci. Małgorzata została sama, oparta o marmurowy blat. Kaczka w piekarniku trzeszczała w tłuszczu, ale apetyt wyparował. Nie bądź samolubna. Starała się być przez te trzy lata żoną bez zarzutu. Dbała o dom, nie przeszkadzała Leszkowi w kontaktach z synami z poprzedniego małżeństwa, a nawet odbierała telefony od Danusi, gdy potrzeba było naprawić coś w domu albo odebrać ich kota od weterynarza. I co ma w zamian?
Z automatu zaczęła kroić ziemniaki w kostkę, może a nuż złość minie. Może to zwykła burza przecież Sylwester jest od cudów, zgody i drugich szans.
Cudu nie było. Po pięćdziesięciu minutach zadzwonił dzwonek. Małgorzata ledwo zdążyła przebrać się z porannego szlafroka w sukienkę i pociągnąć tuszem rzęsy. Leszek rzucił się do drzwi, rozpromieniony niczym srebrna samowarowa cukiernica.
Do przedpokoju wpadł korowód: najpierw dwaj chłopcy dziesięcioletni Krzysiek i siedmioletni Staś przegalopowali przez jasny parkiet, nie zdejmując butów, zostawiając ciapki z błota i ślady śniegu. Za nimi, monumentalna jak okręt lodowy, weszła Danusia.
Miała na sobie sukienkę w intensywnym czerwonym kolorze, głęboki dekolt, w rękach niosła torby prezenty. Pachniała słodkimi, ciężkimi perfumami, które skutecznie zagłuszyły zapach mandarynek w całym mieszkaniu.
Och, wreszcie! zakrzyknęła z dramatycznym westchnieniem, strzepując śnieg z futra bezpośrednio na chodnik. Korki były koszmarne, musiałam wręcz grozić kierowcy, żeby wcisnął gaz! Leszek, weź te torby, tu są prezenty i szampan. Ten prawdziwy, nie to, co zwykle kupujesz.
Małgorzata przeciągnęła usta w uprzejmy, sztuczny uśmiech.
Dobry wieczór, Danusiu. Chłopaki, witajcie.
Danuta wymierzyła jej spojrzenie od stóp do głów, zatrzymując się na jej prostej, granatowej sukience.
Cześć, Małgosiu rzuciła od niechcenia. Tu strasznie duszno. Trzeba by okno otworzyć. I gdzie są moje kapcie, te różowe, zostawiłam je tutaj ostatnio, jak wpadałam po pieniądze?
Zaraz znajdę, Danusiu, już szukam rzucił Leszek, zaczynając gorączkowe grzebanie w szafce na buty.
Danusia Małgorzata poczuła zimną falę pod żebrami. Osobne kapcie w JEJ domu? Leszek wie, gdzie leżą?
Goście przenieśli się do salonu. Chłopcy już na pełny regulator włączyli kanał z kabaretem, a wskakując na nową, jasną kanapę, zostawili czarne ślady. Małgorzata mimowolnie zacisnęła dłonie na serwetce.
Krzysiu, Stasiu, delikatnie, proszę… powiedziała najłagodniej, jak potrafiła.
Tam dzieciaki muszą się wyszaleć! Danusia zasiadła w fotelu, jakby był jej własny. Leszek, podaj mi wodę, bo mi w gardle zaschło.
Najbliższa godzina przypominała absurdalny spektakl jednego aktora. Danuta była wszędzie. Krytykowała bombki (Te takie smętne, kiedyś to myśmy choinki ozdabiali z rozmachem!), komentowała stół (A tyle tych widelców po co? To nie królewski bal.), łajała dzieci i zaraz potem je rozpieszczała. Leszek nie odstępował jej na krok: podawał poduszkę, ściszał telewizor, podkręcał dźwięk, szukał ładowarki. Małgorzata czuła się w tym domu jak pokojówka z filmów Barei.
Małgoś! wrzasnęła Danusia z salonu. Ty dajesz do sałatki szynkę? Toż to relikt PRL-u. Leszek zawsze lubił z wołowiną, nie wiedziałaś? U nas tylko z wołowiną.
Od trzech lat je moją sałatkę ze smakiem Małgorzata dobitnie stuknęła miską o kuchenny blat.
Oj, wiesz co, może tylko z grzeczności, żeby ci przykro nie było zaśmiała się Danusia. Biedny mój Leszek
Leszek, stojąc w drzwiach, tylko się skrzywił i milczał. Nie stanął w obronie żony. Nie powiedział: Małgosia gotuje wybornie. Zamilkł, jakby nie chciał urazić Danusi.
Pierwszy dzwonek. Drugi rozległ się, gdy Małgorzata wyjęła z piekarnika kaczkę. Złocista, pachnąca, dzieło sztuki kulinarnej. Dumna położyła ją na środku stołu.
Proszę, częstujcie się. Kaczka z antonówką i śliwką.
Chłopcy przybiegli, skrzywili się.
Fuj! Spalona! Ja nie jem! Tata, pizza!
To nie spalone, tylko chrupiąca skórka, kochani próbowała wytłumaczyć Małgorzata.
Dzieci tego nie tkną syknęła Danuta, popchnięciem widelca kręcąc udko. Tłusta, śliwki… Szaleństwo jakieś. Leszek, zamów pizzę, dzieci chcą pizzę. I mi też. Kaczki nie zaryzykuję, wiesz, brzuch mi ostatnio szwankuje.
Leszek spojrzał ze skruchą na Małgorzatę.
Może faktycznie? To dzieciom święto sprawimy, pizza będzie za pół godziny.
Naprawdę? Głos Małgorzaty zadrżał. Cztery godziny pracy. Najlepsze, co umiem.
Nie bierz tego do siebie, Leszek objął ją, ale ona odsunęła się. Każdy ma swój gust. Zjemy i kaczkę, i pizzę. Bogactwo na stole.
Wziął telefon i już ustalał z Danusią: Z pieczarkami czy pepperoni?
Małgorzata usiadła w rogu pokoju. To był już nie tyle wieczór, co absurdalny senny teatr. Jej dom, jej kuchnia, jej święto… A ona w kącie, podczas gdy mąż omawia z byłą żoną dodatki na pizzę.
Słuchajcie ożywiła się nagle Danuta, lejąc sobie szampana. Leszek, pamiętasz Sylwestra 2012? W Bukowinie? Jak wcieliłeś się w Mikołaja, a broda pękła ci na środku stołu! Tak się wtedy śmialiśmy
Ja pamiętam! Leszek rozpromienił się. A ty byłaś Śnieżynką i urwał ci się obcas w śniegu!
Zaczęli wspominać, opowiadać anegdoty, śmiać się, przegadywać. Świat zbudowany z ich przeszłości, do którego Małgorzata była jakby przezroczysta. Siedziała przy perfekcyjnym stole i czuła, że powoli znika.
Chłopcy biegali wokół, jeden strącił kieliszek z czerwonym winem. Plama na wykrochmalonym białym obrusie zaczęła się rozrastać jak rana.
No i masz Danusia załamała ręce. Leszek, zamiast patrzeć, wytrzyj. Małgosia, masz sól? Trzeba sypnąć, może się wybieli. Chociaż ten obrus taki zwyczajny, nie szkoda
Małgorzata powoli wstała. Szum w uszach zagłuszył telewizor. Zerknęła na Leszka. Biegał z solniczką, na polecenie Danusi, nawet nie spojrzał w jej stronę. Cały zajęty naprawianiem święta ich rodziny.
Wiedziała już, że jej tutaj nie ma. Jest. Ale tylko fizycznie. Leszek, tu i teraz, nie widzi jej. Jest Danusia, są dzieci, jest jego wieczna potrzeba, by wynagradzać przeszłość. Ona tylko obsługa, cień zapewniający tło i święty spokój.
Wyszła z salonu. Nikt nie zauważył. Danusia dukała historyjki z wakacji, Leszek się rechotał.
W sypialni było ciemno i cicho, tylko światło latarni padało na łóżko plamą żółtego światła. Małgorzata wyjęła sportową torbę, ładowała do niej ciuchy w milczeniu, już nie czuła złości. Przyszło coś jak obce, chłodne opanowanie. Spodnie, sweter, bielizna, kosmetyczka, ładowarka do telefonu, dowód osobisty.
Przebrała się, porzucając wieczorową sukienkę na łóżku. Włożyła buty na płaskim, spojrzała w lustro patrzyła na nią kobieta zmęczona, ale nieugięta, z ustami ściśniętymi w kreskę.
W tym momencie zadzwonił dzwonek. Dzieci krzyczały z radości, pizza dostarczona.
Leszek, płać, bo ja mam tylko stówkę! rozkazywała Danusia.
Małgorzata przeszła korytarzem obok salonu. Leszek zwrócony był do niej plecami, płacił kurierowi. Podeszła do drzwi, cicho przekręciła klucz i wymknęła się na klatkę. Odgłos zamka znikł w hałasie telewizora. Zawołała windę, a kiedy zjeżdżała w dół, cicho odetchnęła.
Na zewnątrz sypał gruby śnieg. Miasto pulsowało od huku petard, śmiechów ludzi mijających siebie na wietrze. Małgorzata wyjęła telefon, zadzwoniła.
Sabinko, śpisz? zapytała, gdy przyjaciółka odebrała.
Oszalałaś? Sylwester! My już z Jarkiem szampana sączymy! Co się dzieje? Masz głos jak z zaświatów.
Wyszłam od Leszka. Mogę do ciebie?
Jasne, kochana! Jarek, masz kolejną szklankę? Małgoś wpada! Zaraz zamawiam taksówkę!
Czterdzieści minut później siedziała przy jasnej, ciepłej kuchni Sabiny. Pachniało tu cynamonem i spokojem. Jarek, mąż Sabiny, ulotnił się cicho do drugiego pokoju, zostawiając im babskie pogaduchy.
No, dawaj Sabina nalała jej gorącej herbaty z cytryną. Co wykręcił ten twój świętoszek?
Małgorzata opowiedziała wszystko: o rurze, o pizzy, o Danusi, która kąsa i o obrazie siebie jako służącej własnego domu.
Wiesz, tu nawet nie chodzi o nich, tylko o niego mówiła, grzejąc dłonie o filiżankę. Przestał mnie widzieć. Stał się lokajem we własnym domu, a ja byłam tylko dodatkiem do stołu. Czemu ja mam być wycieraczką, kiedy on z nimi gra w starą rodzinę?
No jasne Sabina pokiwała głową. Syndrom wszyscy muszą mnie lubić. Chcąc zadowolić wszystkich, zdradza najbliższą. Dobrze, że wyszłaś. Jakbyś została i przymknęła oko uznałby, że zawsze mu wolno.
Telefon Małgorzaty odezwał się dopiero po godzinie. Widocznie przy stole zorientowali się, że jej nie ma.
Dzwonił Leszek Małgorzata odrzuciła. Dzwonił raz, drugi, zaraz posypały się SMS-y:
Małgosiu, gdzie jesteś?
Zamierzasz wrócić? Pizza stygnie!
Małgosiu, odbierz, wszyscy pytają, gdzie gospodyni
Madziu, no co ty, wracaj, to dziecinada! Danusi głupio przed wszystkimi!
Małgorzata westchnęła i pokręciła głową. Danusi głupio. Nie jej, nie mężowi, tylko byłej żonie.
Nie odbieraj, poradziła Sabina. Niech sam wyciera dzieci i usługuje Danusi.
Małgorzata wyłączyła telefon.
Tej nocy nie składała życzeń przy wybiciu północy. Piła szampana z Sabiną i Jarkiem, oglądała Kogel Mogel i czuła dziwną ulgę. Jakby ściągnęła z ramion ciężki worek, tłuczony przez trzy lata bez wytchnienia.
Pierwszy stycznia był zimny i słoneczny. Małgorzata zwlokła się z kanapy na zapach świeżej kawy. Odblokowała telefon pięćdziesiąt nieodebranych połączeń, dwadzieścia kilka SMS-ów, z każdym kolejnym ton dramatyczniejszy.
Chłopcy zbili wazon. Twój ulubiony. Przepraszam.
Danusia zrobiła awanturę, że kanapa niewygodna.
Wszyscy pojechali. Małgosiu, dom w rozsypce. Pogubiłem się.
Kochanie, przepraszam. Jestem gamoniem. Błagam, odezwij się.
Koło południa ktoś zapukał do drzwi Sabiny. Na progu Leszek, jak po nocnej burzy. Włosy w nieładzie, koszula z plamą wina, cienie pod oczami. W ręku bukiet czerwonych róż, kupione chyba na ostatniej otwartej stacji drogie, nieproporcjonalne.
Sabina otworzyła, skrzyżowała ręce na piersi.
Przyszedł, rycerz. Czego?
Sabino, proszę cię, wezwij Małgosię. Muszę z nią porozmawiać, wiem, że tu jest.
Małgorzata pojawiła się w przedpokoju. Na widok Leszka nie poczuła ani żalu, ani satysfakcji. Tylko zmęczenie.
Małgosiu… Leszek podszedł, ale zgasiła go wzrokiem. Przepraszam. Przysięgam, to był koszmar. Kiedy wyszłaś, wszystko się posypało. Danusia wydawała rozkazy, chłopcy roznieśli choinkę, próbowałem to ogarnąć, a ona twierdziła, że psuję dzieciom święta. Kłóciliśmy się. Odesłałem ich taksówką o trzeciej nad ranem.
Próbował nawiązać kontakt wzrokowy.
Zrozumiałem, Małgoś. Byłem jak służący. Bardzo cię skrzywdziłem. Ty jesteś moją rodziną. Tylko ty. Proszę, wybacz. Wróć do domu. Jest pusto Wszystko już prawie posprzątałem.
Małgorzata popatrzyła na róże ociekające wodą.
Leszku, nie tylko mnie zraniłeś. Pokazałeś mi, kim tu jestem. Gdzieś między kucharką a meblem. Pozwoliłeś innej kobiecie dyrygować w moim domu i mnie poniżać.
Przysięgam, to się już nie powtórzy! Leszek był roztrzęsiony. Blokuję Danusię, kontakt tylko odnośnie dzieci, tylko na neutralnym gruncie. Nigdy więcej gości, nocnych telefonów, zmienię wszystko. Przysięgam.
Małgorzata nie była pewna, czy ufać. Widziała, że jest szczery, autentycznie spanikowany. Ale czy da się zapomnieć tamto uczucie niewidzialności?
Dziś nie wrócę powiedziała cicho. Potrzebuję czasu. Zostanę u Sabiny. Ty wracaj do siebie. Przemyśl dobrze nie jak mnie odzyskać, tylko jak mogło dojść do sytuacji, w której twoja ex była ważniejsza ode mnie.
Będę czekał odpowiedział Leszek cicho. Ile trzeba, tyle będę czekał. Kocham cię, naprawdę.
Odłożył bukiet i wyszedł.
Małgorzata wróciła do kuchni. Sabina już nalewała świeżej herbaty.
A wybaczysz? zapytała Sabina.
Nie wiem, Sabi, może kiedyś. Ale jeśli wrócę, nie pozwolę więcej siebie zgasić. Nigdy.
Podeszła do okna. Miasto bieliło się śniegiem, świat był czysty i nowy jak niezapisana kartka. Małgorzata już wiedziała: pióro, którym pisze się jej życie, musi trzymać ona sama, nie duchy z przeszłości.



