Ty chyba żartujesz, Olek? Powiedz, że to tylko głupi żart. Albo może źle usłyszałam przez szum wody?
Justyna zakręca kran, wyciera ręce kuchennym ręcznikiem i powoli odwraca się do męża. W kuchni unosi się zapach gotowanych warzyw, świeżego koperku i pomarańczy aromaty zbliżającego się święta. Do Sylwestra zostało sześć godzin. Na stole piętrzą się miski z pokrojonymi składnikami na sałatkę jarzynową, w piekarniku dusi się kaczka z jabłkami, a w lodówce stygnie galaretka, którą szykowała przez całą noc.
Olek stoi w progu, niepewnie przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę. Skubie guzik domowej koszuli znak, że sam nie wie, jak wybrnąć z sytuacji, ale wycofać się nie zamierza.
Jusiu, nie zaczynaj, proszę mówi błagalnie, lekko tłumacząc się. U Magdy pękła rura. No, nie pękła dosłownie, ale odcięto wodę i ogrzewanie. Wyobraź sobie Sylwestra w zimnie, z dziećmi. Nie mogłem odmówić. To przecież moje dzieci.
Dzieci są twoje, tak Justyna stara się zachować spokój, ale wszystko w środku ją boli. Ale Magda? Ona to też twoja córka? Naprawdę nie mogła pojechać do swojej mamy, do znajomej albo wynająć pokój w hotelu? Alimenty, które jej płacisz, spokojnie wystarczą na apartament w Mariocie.
Jej mama wyjechała do sanatorium, przyjaciółki rozjechały się po Polsce Olek spuszcza wzrok. Poza tym, to rodzinne święto. Chłopcom będzie miło powitać Nowy Rok z ojcem. Tylko zjemy kolację, popatrzymy na fajerwerki. Mieszkanie duże, miejsca wystarczy.
Justyna rozgląda się po kuchni. Tak, mieszkanie przestronne, ale to przecież ich przestrzeń. Jej i Olka. Tydzień sprzątała, ubierała choinkę, wybierała serwetki pod kolor zasłon, kupiła Olkowi tę wymarzoną, drogą wodę toaletową. Miała inną wizję tego wieczoru: świece, delikatne światła, spokojna muzyka i oni tylko we dwoje. Pierwszy Nowy Rok od ślubu spędzany wyłącznie w domu, bez gości. Sielanka właśnie się osypuje jak domek z kart.
Umawialiśmy się przypomina cicho. Ten wieczór miał być tylko nasz. Dzieci jasne, nigdy nie jestem przeciwna. Przychodzą co weekend, wiesz o tym. Ale Magda? Zaprosiłeś byłą żonę do naszego stołu. Naprawdę nie widzisz, jak to wygląda?
Przesadzasz macha ręką Olek, starając się nadać głosowi pewności. Jesteśmy dorośli. Magda to normalna kobieta, matka moich dzieci, tyle. Nie bądź samolubna, Jusia. Nie można być okrutną w święta. Będą za godzinę.
Odwraca się i znika, jakby obawiał się, że żona rzuci w niego czymś ciężkim. Justyna zostaje, oparta o blat. W piekarniku przyjemnie skwierczy kaczka, ale apetytu brak. Nie bądź samolubna. To bolało najbardziej. Trzy lata stara się być idealną żoną: dba o dom, nie zabrania Olkowi kontaktów z synami, znosi nagłe telefony od Magdy, nawet te o naprawie kranu czy o weterynarzu dla kota. Tak wygląda wdzięczność.
Justyna nerwowo kroi ziemniaki, licząc, że złość przejdzie. Przecież może Magda będzie w porządku. Nowy Rok to podobno czas pojednania i cudów.
Cud się nie wydarza. Dzwonek rozbrzmiewa dokładnie po pięćdziesięciu minutach. Justyna ledwo zdąża się przebrać z szlafroka w sukienkę i zrobić delikatny makijaż. Olek rzuca się do drzwi, błyszcząc niczym samowar.
Za progiem z wrzawą wkracza procesja. Najpierw chłopcy dziesięcioletni Kacper i siedmioletni Bartek. Wbiegają brudnymi butami po jasnych panelach do salonu, zostawiając po sobie ślady. Chwilę po nich, z dumą niczym lodołamacz, wchodzi Magda.
Ma na sobie czerwone wyzywające sukienki, w rękach wielkie torby. Od niej intensywnie pachnie ciężkimi, słodkimi perfumami, które natychmiast wypierają zapach pomarańczy.
Wreszcie! ogłasza, strzepując śnieg z futra prosto na podłogę. Korki na mieście straszne, musiałam prawie grozić taksówkarzowi! Olek, weź te torby, tam są prezenty dla chłopców i szampan. Dobre, a nie to, co zwykle kupujesz.
Justyna wychodzi z kuchni z uprzejmym uśmiechem.
Dobry wieczór, Magdo. Chłopcy, hej.
Magda przygląda jej się góra-dół, na dłużej zatrzymując wzrok na jej skromnej, eleganckiej sukience.
Cześć, Justyna rzuca beznamiętnie. Duszno tu strasznie. Otwórzcie okno. I klapki Olek, gdzie są MOJE klapki? Te różowe, co je tu zostawiłam, kiedy przychodziłam po alimenty?
Już szukam, Magdo zaczyna się krzątać Olek przy szafce na buty.
Magdocha. Justynie kurczy się w środku. W jej domu dla byłej żony są specjalne kapcie i Olek wie, gdzie je znaleźć?
Goście idą do salonu. Chłopcy podkręcają telewizor na cały regulator i skaczą po nowiutkiej, jasnej kanapie. Justyna się krzywi dbała o nią jak o oczko w głowie.
Kacper, Bartek, ostrożnie, proszę mówi cicho.
Niech skaczą, dzieci muszą się wyszaleć! wtrąca się Magda, zasiadając w fotelu. Olek, daj mi wody, zaschło mi.
Kolejna godzina przypomina przedstawienie Wszystko o Magdzie. Magda jest wszędzie krytykuje choinkę (Jakieś nudne ozdoby, my kiedyś mieliśmy weselsze), komentuje zastawę (Po co tyle widelców, co to, pałac Buckingham?), zmienia dzieciom ton raz z krzyku na pieszczoty. Olek chodzi za nią jak na sznurku: poduszka, pilot, ładowarka, znów poduszka. Justynę zupełnie pomija wzrokiem.
Justyna w milczeniu nakrywa do stołu. Roznosi talerze, ustawia kieliszki, czując się jak obsługa na czyimś przyjęciu.
Justyna! woła z salonu Magda. Sałatka z kiełbasą? O rany, zamierzchłe czasy. Olek zawsze wolał z wołowiną. Nie wiedziałaś? Zawsze tak robiliśmy.
Ale przez trzy lata je z moją sałatką i smakuje mu odpowiada Justyna z kuchni, z hukiem stawiając miskę na blacie.
Pewnie z grzeczności śmieje się Magda. Biedny mój Olek, dusi się, ale je.
Olek, stojąc w progu, krzywi się tylko i milczy. Nie broni. Nie mówi: Przestań, Justyna gotuje wspaniale. Po prostu milczy.
To pierwszy sygnał. Drugi pojawia się, gdy Justyna wyjmuje z pieca kaczkę złocista, chrupiąca, dumna. Ustawia ją z radością pośrodku stołu.
Proszę, kaczka z antonówką i śliwkami.
Chłopcy podbiegają, krzywią twarze.
Fuuu, spalona! stwierdza Bartek. Nie będę tego. Tata, chcę pizzę!
To nie spalona, tylko skórka tłumaczy Justyna.
Serio, dzieci tego nie tkną Magda bębni widelcem po udku. Tłuściutka jakaś. Tylko śliwki do mięsa, to już chyba moda z PRL-u. Olek, zamów im pizzę. I dla mnie. Nie wezmę się do kaczki. Żołądek nie ten.
Olek patrzy z przepraszającym wzrokiem na żonę.
Może rzeczywiście, Justyna? Dla dzieci musi być zabawa. Szybko zamówię, dowiozą za pół godziny.
Mówisz poważnie? głos Justyny drży. Kaczkę szykowałam cztery godziny, marynowałam dzień. To mój popis.
Nie obrażaj się Olek próbuje ją objąć, ale ona się wymyka. Każdy ma inne smaki. I kaczka, i pizza. Bogato.
Wyciąga telefon i konsultuje z Magdą: Z pieczarkami czy pepperoni?.
Justyna opada na krzesło. Wydaje jej się, że to jakiś absurdalny sen. Jej dom, kuchnia, święto. Siedzi w kącie, podczas gdy mąż ustala zamówienie pizzy z byłą żoną, która krytykuje jej dania.
A pamiętasz, Olek, Sylwestra 2015, jak byliśmy na Mazurach? Ty założyłeś strój Mikołaja, broda ci odpadła! Jak się śmialiśmy!
Jasne, pamiętam! Olek też zaczyna się śmiać. Ty byłaś Śnieżynką, i złamał ci się obcas!
Zaczynają wspominać. Jedno opowieść za drugą: nad morzem, pierwsze auto, pierwsze kroki Kacpra. Śmieją się, przerywają sobie nawzajem, w oczach błysk. Swój świat, wspólna historia, z której Justyna jest wykluczona. Siedzi przy pięknie zastawionym stole i czuje się przezroczysta. Nikt.
Chłopcy biegają wokół stołu, jeden z nich przewraca kieliszek z czerwonym winem, który wylewa się na bielutki obrus prasowany godzinę przed przyjściem gości. Czerwone plamy pojawiają się jak rana.
No i masz Magda podnosi ręce. Olek, jak stoisko?! Sprzątnij to. Winno się stawiać z dala od dzieci. Justyna, masz sól? Zasyp, może się spierze. Ale obrus i tak tani, nie żal.
Justyna powoli wstaje. W uszach szumi, głosy z telewizora bledną. Spogląda jeszcze na męża, który już posłusznie biegnie z solą i nie patrzy na nią. Cała jego uwaga dla Magdy, dzieci, ich potrzeb. Dla niej nicość.
Nie mówi nic, wychodzi z salonu. Nikt nie zwraca uwagi. Magda opowiada coś o wyjazdach do teściowej, Olek się śmieje.
Justyna idzie do sypialni. Cicho, ciemno. Tylko latarnia miejska rzuca światło na łóżko. Wyjmuje z szafy sportową torbę. Ręce nie drżą jej miejsce zajmuje lodowata jasność. Działa spokojnie. Spodnie, ciepły sweter, bielizna, kosmetyczka, ładowarka, dowód. Przebiera się, zrzucając sukienkę na kołdrę. Wkłada wygodne buty. Patrzy w lustro zmęczona, ale zdecydowana kobieta.
Wychodząc słyszy dzwonek pizza.
Hurra! wrzeszczą chłopcy.
Oleś, zapłać, ja mam tylko grubą rozkazuje Magda.
Justyna przechodzi przez korytarz. Olek stoi tyłem, odbiera zamówienie. Czeka, aż odłoży pudełka i wróci do salonu.
O, pizza jest! woła radośnie.
Wykorzystuje moment, po cichu otwiera drzwi na klatkę i wychodzi. Zamek cichutko klika wśród ogólnego harmidru. Wzywa windę i dopiero, gdy drzwi się zamykają, pozwala sobie na spokojny oddech.
Na ulicy pada śnieg, miasto szumi fajerwerkami. Justyna wyciąga telefon i wybiera numer.
Sylwia, śpisz? pyta, gdy przyjaciółka odbiera.
Ty chyba zgłupiałaś! Dziesiąta, Sylwester! My z Krzyśkiem już popijamy. Co jest? Brzmisz jakbyś stała na skraju.
Odeszłam od Olka. Mogę przyjechać?
O matko Pewnie, że możesz! Krzysiek, szykuj dodatkowy talerz, Justyna jedzie! Gdzie jesteś? Zamawiam ci Bolta!
Czterdzieści minut później Justyna siedzi u Sylwii w przytulnej kuchni ciepło, pachnie cynamonem i spokojem. Krzysiek delikatnie wychodzi do telewizora i zostawia kobiety same.
Opowiadaj Sylwia nalewa gorącej herbaty z cytryną. Co ten idiota narozrabiał?
Justyna opowiada wszystko. O Magdzie, salatce, wspomnieniach, kaczce nie tknietej nawet przez dzieci.
Widzisz, Sylwia, nie chodzi o gości. Chodzi o niego. Stał się służącym. Zapomniał, że jestem. Byłam tam tylko po to, by podać jedzenie i nie przeszkadzać. Po co mu ja, skoro wciąż nie może odciąć się od tamtego życia?
Typowy bohater-maminsynek kiwa głową Sylwia. Chce dobrze dla wszystkich, zdradza tego najbliższego. Dobrze, że wyszłaś. Gdybyś została, uznałby, że tak można zawsze. Że jesteś od sprzątania po jego przeszłości.
Telefon Justyny cichnie przez godzinę. Dopiero po północy widzi pierwsze próby kontaktu. Najpewniej zauważyli jej brak, gdy zasiadali do stołu.
Dzwoni Olek. Justyna odrzuca. Próbuje znów, znów
Potem leci lawina wiadomości.
Justyna, gdzie jesteś? Zgubiliśmy cię.
Wyszłaś do sklepu? Pizza stygnie.
Justyna, odbierz, to nieśmieszne. Goście pytają, gdzie gospodyni.
Obraziłaś się? Wyszłaś? Justyna, to dziecinne! Wróć, Magda czuje się niezręcznie!
Justyna czyta ostatnią wiadomość z gorzkim uśmiechem. Niezręcznie przed Magdą, nie przed żoną, którą upokorzył.
Nie odbieraj radzi Sylwia. Niech sam ogarnia swoją Magdę i posprząta po dzieciach.
Justyna wyłącza telefon.
Ten Sylwester nie składa życzeń pod dźwięk zegara. Po prostu pije szampana z przyjaciółką i jej mężem, patrzy na Vabank w telewizji i czuje się lekka, jakby zrzuciła ciężki plecak taszczony przez trzy lata.
Pierwszego stycznia rano słońce, mróz, zapach kawy. Justyna odpala telefon pięćdziesiąt nieodebranych połączeń, dwadzieścia wiadomości. Najpierw rozkazujące, później pełne paniki, w końcu na żal.
Chłopcy stłukli twoją ukochaną wazon. Przepraszam.
Magda zrobiła awanturę, mówiła, że kanapa twarda.
Wszyscy pojechali. Justyna, dom wygląda jak po burzy. Nie wiem, od czego zacząć.
Justynko, kochana, wybacz, jestem idiotą. Błagam, odezwij się.
Koło południa ktoś dzwoni domofonem do mieszkania Sylwii Olek. Wygląda na zajechanego rozczochrany, brudna koszula z plamą wina, cienie pod oczami, w dłoni bukiet róż kupiony zapewne za majątek w pierwszej lepszej kwiaciarni czynnej w Nowy Rok.
Sylwia blokuje wejście.
No, witaj asie rodzinnych relacji. Czego chcesz?
Sylwia, poproś Justynę. Muszę… muszę z nią porozmawiać.
Justyna wychodzi. Patrząc na męża, nie czuje ani złości, ani ulgi, tylko pustkę.
Justyna! Olek rzuca się do niej, zatrzymuje przed jej chłodnym spojrzeniem. Przepraszam. Zrozumiałem. To był koszmar. Jak tylko wyjechałaś, zaczęło się piekło. Magda rządziła, dzieci szalały, choinka się przewróciła… Próbowałem ich uspokoić, Magda powiedziała, że jestem złym ojcem. Pokłóciliśmy się, zamówiłem im taksówkę o trzeciej i wygoniłem.
Oddycha, szuka kontaktu wzrokowego.
Zrozumiałem, Justyno. Naprawdę. Byłem mięczakiem. Bałem się być złym dla nich, więc stałem się potworem wobec ciebie. Ty jesteś moją rodziną. Tylko ty. Przepraszam, wróć do domu. Tak pusto beż ciebie. Posprzątałem… no, prawie.
Patrzy na róże, z których kapie woda na podłogę.
Ustawiłeś mnie jako pomiędzy kucharką a meblem. Pozwoliłeś, by obca kobieta rządziła moim domem i mnie krytykowała.
Przysięgam, to się nie powtórzy! gorliwie zapewnia Olek. Zablokuję Magdę wszędzie, kontakt tylko przez aplikację i tylko w sprawie dzieci, i tylko na neutralnym gruncie. Zero gości, zero nocnych telefonów. Wszystko zmienię, obiecuję.
Justyna milczy. Wierzy, że jest szczery, że naprawdę się wystraszył i żałuje. Ale czy potrafi zapomnieć samotność tego wieczoru?
Dziś nie wracam mówi spokojnie. Potrzebuję czasu. Zostanę u Sylwii jeszcze kilka dni. A ty pomyśl, nie o tym jak mnie odzyskać, ale dlaczego w ogóle dopuściłeś do takiej sytuacji. Dlaczego zdanie byłej było ważniejsze niż uczucia żony.
Poczekam, ile trzeba szepcze Olek. Ko-cham cię, wiesz o tym.
Kładzie bukiet, chowa ramiona i wychodzi. Drzwi cicho się zamykają.
Justyna wraca do kuchni. Sylwia już leje świeżą herbatę.
I co, wybaczysz? pyta.
Nie wiem, Sylwia. Może, z czasem. On jest dobrym człowiekiem, tylko się pogubił. Ale jeśli wrócę, to na moich warunkach. Już nigdy nie pozwolę sobie na drugi plan. Nigdy.
Podchodzi do okna. Miasto przykrywa świeży śnieg, jakby nowa, czysta kartka. Życie toczy się dalej i Justyna już wie: pióro do pisania swojej historii musi dzierżyć sama, a nie powierzać duchom przeszłości.



