2 maja
Dziś znowu to samo. Staszek, skończył się nam olej i proszek do prania ledwie na ostatnie pranie wystarczy powiedziałam, stojąc w drzwiach do pokoju i wycierając ręce w fartuch. Trzeba by pójść do sklepu, zrobiła się już spora lista.
Staszek nawet nie odwrócił głowy od telewizora, gdzie mecz ekstraklasy był w pełni. Wzruszył tylko ramionami.
Wiesz, jak jest, Iza rzucił, zupełnie nie patrząc mi w oczy. U nas w fabryce znowu obsuwy. Szef mówił, że premii w tym miesiącu nie będzie. Przecież dwa dni temu oddałem ci ostatnie dwie stówy. Rozplanuj sobie.
To “rozplanuj” słyszę nieustannie od pół roku. Jakby domowy budżet dało się rozciągać w nieskończoność. Westchnęłam ciężko, wróciłam do kuchni i zajrzałam do lodówki. Słoik ogórków kiszonych i resztka wczorajszej zupy, którą ugotowałam na kurzych grzbietach, bo na inne mięso nie było nas stać od trzech tygodni.
Pracuję jako starsza pielęgniarka w miejskiej przychodni. Zarobki mam pewne, ale żadne luksusy. Kiedy jeszcze Staszek przynosił do domu porządne pieniądze, żyło nam się nieźle: raz w roku nad Bałtyk, nowe ubrania, lodówka zawsze pełna. Teraz rzekomo w firmie kryzys, wypłata ledwie wystarcza na rachunki i jego paliwo.
Cały ciężar codzienności spadł na mnie. Zaczęłam brać nadgodziny i dyżury w weekendy, żeby spiąć koniec z końcem. A Staszek? Wracał z pracy, kładł się na kanapie, narzekał i żądał kolacji jak z restauracji.
Rozplanuj… mruknęłam, wpatrując się w pustą butelkę po oleju Prędzej pęknie, niż jeszcze się rozciągnie.
Następnego dnia po pracy znów pobiegłam do Biedronki. Patrzyłam z żalem na schab, ale do koszyka trafiły kurze żołądki najtaniej. Jak się długo dusi ze śmietaną, da się zjeść. Przesypałam cały portfel, na kasie została mi dosłownie złotówka. Do zaliczki trzy dni portfel pusty.
Wieczorem, gdy żołądki pyrkały, ścierałam kurz w przedpokoju. Staszek już spał, objedzony kotletami i dwoma piwami które, jak twierdził, kupił sobie ze zbieranych drobnych. Powiesiłam jego kurtkę i poczułam papier w kieszeni. Mechanicznie sięgnęłam odruch przed praniem.
To był wydruk bankomatowy… Z dzisiaj. Zerknęłam i zamarłam.
Na koncie: 25 800 zł.
Mrugnęłam oczami. Może źle widzę? Nie, cyfry były wyraźne. I powyżej: Wpłata wynagrodzenia: 5 800 zł.
Pięć tysięcy osiemset… A przyniósł do domu dwie stówy. Powiedział, że nic więcej nie ma.
Usiadłam na skrzyni w przedpokoju. Uderzył mnie żal i wściekłość. Przypomniałam sobie, jak miesiąc temu chodziłam w przemakających kozakach, bo pieniędzy nie ma. Jak z bólem zęba zamiast do stomatologa brałam tabletki przeciwbólowe. Jak gotowałam zupę na chrząstkach z kurczaka.
Nie była to złość to było czyste poczucie zdrady. Gdy ja liczyłam grosze i rezygnowałam z wszystkiego, on spokojnie oszczędzał tysiące. Na co? Na nowy samochód? Na kochankę? A może z czystej chciwości, oczekując, że to żona sama wszystko ogarnie?
Schowałam wydruk do kurtki. Od razu chciałam rzucić mu to w twarz, ale się powstrzymałam. Awantura nic nie zmieni. Będzie kłamał, wymyślał historie o bankowych pomyłkach. Nie. Trzeba inaczej.
Wróciłam do kuchni, wyłączyłam gaz. Żołądki schowałam do swojego termo-lunchboxa. Jeśli “pieniędzy nie ma”, to nie ma.
Rano wyszłam do pracy dużo wcześniej niż zwykle, nie robiąc Staszkowi śniadania. Na stole zostawiłam pusty talerz i karteczkę: “Przepraszam, jedzenie się skończyło, kasy brak, napij się wody”.
Przez cały dzień w przychodni chodziłam jak automat, ale myśli krążyły wokół wieczoru. Na obiedzie poszłam do baru mlecznego i kupiłam sobie nie tylko surówkę, ale i kotlet z ziemniakami, do tego kompot i bułkę. Dałam sobie najeść się do syta.
Wracałam do domu bez ciężkich siat wolna, wyprostowana.
Staszek czekał w przedpokoju, wyraźnie rozdrażniony:
Iza, gdzieś ty się podziewała? Jestem głodny jak wilk. W lodówce pustki, nawet jajek nie ma. Byłaś w sklepie?
Zdjęłam płaszcz, zdjęłam buty, weszłam do pokoju.
Nie, Staszek, nie byłam.
Jak to nie? A co z kolacją?
Nie ma żadnej kolacji odpowiedziałam i zaczęłam czytać książkę. Mówiłam dwa dni temu nie mam kasy. Zaliczka dopiero za dwa dni. Dzisiaj w pracy piłam tylko wodę. Ty też pocierp. Przecież mamy kryzys.
Staszek aż się zagotował.
Żartujesz? A zupa? A drugie? krzyczał Zawsze coś wymyślałaś!
Skończyła się kreatywność. Nie umiem czarować z niczego. Wszystko poszło na rachunki i bilet miesięczny. Budżet pusty.
Stał otwarty w środku pokoju, jakby oczekiwał, że znów cudownie znajdę jakieś zaskórniaki lub pożyczę od koleżanki. Nic z tego.
To co mam zrobić?
Napij się wody. Albo idź spać głodny, to nie boli.
Z trzaskiem trzasnął drzwiami kuchni. Słyszałam, jak szuka po szafkach i lodówce, aż wreszcie znalazł resztkę suchych makaronów, które ugotował bez dodatków. Uśmiechnęłam się zasłużył. Pusty makaron bez oleju i kiełbasy idealne danie dla “milionera” z dwudziestoma tysiącami oszczędności.
Następnego dnia schemat się powtórzył. Zjadłam treściwy obiad na stołówce, po pracy deser i kawę w parku. W domu minimum wysiłku.
Staszek przywitał mnie tym razem z pretensją:
To już przeginka, Iza! Drugi dzień jem tylko makaron! wrzeszczał. Kto tu prowadzi dom?
Jestem żoną, a nie czarodziejką odburknęłam. Daj mi pieniądze, to pójdę do sklepu i coś ugotuję. W czym problem?
Już ci powiedziałem: nie mam! burknął, ale widziałam, że się wymiguje.
No to siedzimy na diecie rzuciłam. Podobno to zdrowe.
Wieczorem Staszek wyszedł z domu. Wrócił po godzinie z zapachem kebaba od Turasa na ubraniu. Nie skomentowałam na kebaba pieniądze jakoś się znalazły, i to natychmiast.
Minął tydzień. Atmosfera w domu była napięta, lodówka świeciła pustkami. Przestałam gotować, nie myłam już nawet po nim naczyń, nie prałam mu rzeczy. Na skargi o brudne koszule odpowiadałam chłodno:
Nie mam proszku. Nie mam za co kupić.
Próbował wzbudzać we mnie litość, a potem poczucie winy.
Ty już nic nie czujesz! krzyknął w piątek. Pracuję, haruję, a w domu chlew! Jeść nie ma co, koszule jak ścierki! Po co mi taka żona?
A po co mi taki mąż? spojrzałam mu w oczy. Który nie umie zapewnić rodzinie nawet bochenka chleba? Ja też pracuję, Staszek. Ale wszystko, co domowe, zawsze było na mojej głowie.
Bo jesteś kobietą! To twój obowiązek!
Mój obowiązek to kochać i dbać o tych, którzy dbają o mnie. Gra na jedną bramkę właśnie się skończyła.
W sobotę rano obudził mnie zapach świeżo smażonej jajecznicy. Wyszłam do kuchni Staszek właśnie pochłaniał jajka z pomidorami i drogi ser na kanapce. Parzyła się kawa, na stole leżała paczka ekskluzywnej szynki. Znalazł drobne w kurtce chciało mi się śmiać.
Dziękuję, nie jestem głodna powiedziałam ale jedz, jedz, będą ci potrzebne siły.
Nie patrzył mi w oczy. Po chwili zamilkł.
Wiesz co, Iza Kończmy już tę szopkę. Pożyczyłem od Jarka pięć stów. Proszę, idź do sklepu, ugotuj jakąś zupę. Tak się nie da żyć…
Położył stówkę na stół, spojrzałam chłodno:
Od Jarka? To ciekawe. Z czego oddasz?
Jakoś oddam! warknął. Na co ty sobie jeszcze pozwolisz? Idź do sklepu!
Obróciłam stówkę przez palce.
Dobrze, pójdę Ale kupię tylko to, czego ja potrzebuję. Ty jedz u Jarka, jeśli taki szczodry.
Wyskoczył z krzesła:
Daj spokój! To pieniądze na dom!
Na dom? już miałam dość i powiedziałam to wyraźnie. A jak trzy dni temu dostałeś 5 800 zł na konto, to czyje to były pieniądze? Prywatny fundusz? A te 25 tysięcy na czyj użytek odłożone?
Zbladł, potem zaczerwienił się jak burak.
Przetrząsałaś moje kieszenie? Podsłuchujesz mnie?
Nie zmyślaj. Znalazłam czek przypadkiem, sprzątając po tobie.
Ja oszczędzałem! wydarł się, uderzając pięścią w stół. Chciałem kupić nam auto! Moja stara gruchot się rozlatuje! To miała być niespodzianka! Ty tylko o pieniądzach!
Niespodzianka? zaśmiałam się gorzko. Niespodzianka to kupić auto, nie każąc mi jeść podroby. Niespodzianka to wspólna decyzja o oszczędzaniu. Ty po prostu żyłeś za moje, swoje chowałeś. To było pasożytnictwo, Staszek.
Bo jestem facetem, muszę mieć czym się pochwalić! Wielkie halo, miesiąc pożyliśmy skromniej, żyjesz!
Nie umarłam kiwnęłam głową ale coś we mnie umarło. Szacunek. Zaufanie.
Położyłam banknot na stole.
Zabierz swoje pieniądze. Kup sobie za nie bilet.
Dokąd? oniemiał.
Do nowego życia. Do mamy. Na stancję. Już mnie nie obchodzi. Nie chcę być z kimś, kto uważa mnie za swoją służącą.
Ty mnie wyrzucasz? Przez kasę? patrzył z niedowierzaniem.
Nie przez kasę. Przez pogardę. Pakuj się.
Nie odszedł od razu. Były awantury, krzyki, szantaże, potem nawet obietnica futra, kupionego z tych oszczędności. Nic nie pomogło. Ostatecznie wieczorem z torbą stanął przy drzwiach.
Pożałujesz! Komu ty teraz potrzebna w tym wieku? Zostaniesz tu sama z tymi kotami! Ja sobie znajdę normalną
Powodzenia powiedziałam i zamknęłam za nim drzwi.
Osunęłam się pod ścianę. Nie miałam już siły płakać. Tylko cisza, ogromna pustka.
Wyrzuciłam do śmieci tę paczkę szynki, którą on kupił na własny użytek. W lodówce tylko mój lunchbox z żołądkami. Ale miałam jasność na co wychodziły moje pieniądze.
***
Minął miesiąc.
Wracałam dziś do domu spokojnie. Było majowe popołudnie, powietrze pachniało bzem, słońce zachodziło pięknie. Weszłam do Lidla, bez pośpiechu. Do koszyka wpadła mała puszka kawioru (promocja!), ser pleśniowy, białe wino, świeże warzywa, filet z łososia.
Z karty zeszło bez problemu: okazuje się, że żyjąc solo, mam dużo więcej oszczędności. Opłaty niższe, jedzenia zużywam połowę, zero wydatków na piwo, papierosy, benzynę czy naprawy samochodu.
W domu puściłam sobie ulubiony jazz, przygotowałam kolację grillowany łosoś z winem usiadłam przy oknie, patrząc na zachód.
Telefon zawibrował. Wiadomość od Staszka:
Iza, hej. Jak się trzymasz? Może moglibyśmy pogadać? Przemyślałem wszystko. Byłem głupi. Auta nie kupiłem. Pieniądze są. Zacznijmy od nowa? Tęsknię
Zerknęłam na ekran i upiłam łyk chłodnego wina. Przypomniałam sobie jego wyzwiska o kurzych podrobach, swoje upokorzenie przy proszeniu o drobne.
Skasowałam wiadomość i zablokowałam numer.
Ja też za tobą tęskniłam powiedziałam swojemu odbiciu w szybie za sobą z dawnych lat, za własnym spokojem. I już nigdy tej wolności nie oddam.
Nazajutrz kupiłam sobie nowe skórzane kozaki. Drogie, szyte we Włoszech. I wykupiłam turnus w sanatorium na dwa tygodnie. Miałam akurat dość odłożonej pensji.
Po rozwodzie życie się nie kończy. Staje się smaczniejsze. I autentyczne.


