Radku, skończył się olej i proszek do prania już na ostatnią porcję, mówi Milena, stojąc w drzwiach pokoju, wycierając mokre dłonie o fartuch. Trzeba by pójść do sklepu, lista zakupów jest już całkiem spora.
Radosław nie odrywa wzroku od ekranu telewizora, gdzie właśnie gra Legia z Lechem. Krzywi się tylko lekko.
Milena, przecież wiesz, co się dzieje, wzdycha przeciągle, nawet nie odwracając głowy. W fabryce znowu opóźnienia z wypłatami. Kierownik mówił, że w tym miesiącu nawet premii nie będzie. Dałem ci przedwczoraj ostatnie trzysta złotych. Jakoś sobie poradzisz.
Milena patrzy ponuro w otwartą lodówkę jeden słoik ogórków kiszonych i garnek z resztkami wczorajszej zupy. Ta zupa była na kurzych grzbietach, bo normalnego mięsa nie kupują od trzech tygodni.
Milena pracuje jako starsza pielęgniarka w miejskiej przychodni. Jej pensja jest pewna, ale nie za duża. Kiedyś, gdy Radek przynosił solidne pieniądze do domu, żyło im się nieźle raz w roku nad morze, nowe ubrania, wypchana lodówka. Potem, z tego co mówił mąż, nadszedł kryzys w zakładzie pensja ucięta, premii brak teraz, ledwo starcza na rachunki i benzynę do jego samochodu.
Całe domowe wydatki spadły na Milenę. Bierze dodatkowe dyżury, pracuje w weekendy, żeby jakoś wszystko się poskładało. Radosław wraca z pracy, kładzie się na kanapie i narzeka na los, a wymaga trzech dań na kolację.
“Jakoś sobie radź” powtarza sobie Milena, patrząc na pustą butelkę po oleju. “Ciekawe jak długo można jeszcze ciągnąć.”
Następnego dnia po pracy, jak zawsze, zachodzi do Biedronki. Długo stoi przy stoisku mięsnym, ogląda karkówkę, ale bierze w końcu tackę z żołądkami kurzymi. Na kasie wydaje wszystkie drobniaki. Do zaliczki jeszcze trzy dni, portfel pusty.
Wieczorem, gdy żołądki pyrkoczą na kuchence, Milena wyciera kurz w przedpokoju. Radek już śpi, objedzony kolacją i dwiema puszkami piwa, które według niego kupił za resztę z portfela.
Milena bierze jego kurtkę, żeby powiesić ją porządnie, i wyczuwa jakiś papier w wewnętrznej kieszeni. Odruchowo sprawdza przyzwyczajenie przed praniem. Papier to wydruk z bankomatu dzisiejszy, z godziny 18:45.
Na koncie: 23 500 złotych.
Mruga ze zdumienia, sprawdzając cyferki. Nad resztą salda wyraźnie Wpłata wynagrodzenia: 5 400 zł.
Pięć tysięcy czterysta. W domu pojawiło się trzysta. Reszty rzekomo nie było.
Milena siada na pufie. W uszach szumi. Wspomina zeszły miesiąc, gdy chodziła w przemakających zimowych butach, bo Radek powtarzał, że nie ma kasy. Przypomina sobie odłożoną wizytę u dentysty, tłumioną tabletkami ból zęba, kurczowe liczenie złotówek na zakupy.
Złość, gorąca jak kwas, rozlewa się jej po piersi. To nie tylko żal to zdrada. Ona sobie odmawia, oszczędza na wszystkim, a on chomikuje całą pensję. Na co? Na nowy samochód? Inną kobietę? Czy dla zasady, żeby żona utrzymywała dom?
Ostrożnie odkłada wydruk na miejsce. Ma ochotę obudzić Radka i rzucić mu go w twarz, ale się powstrzymuje. Kłótnia nic nie da. Bank się pomylił, na niespodziankę wymówki już zna.
Wraca do kuchni, wyłącza kuchenkę. Przekłada gotowane żołądki do pojemnika i schowa je nie do wspólnej lodówki, tylko do własnej torby na lunch z pracy.
Jak nie ma pieniędzy, to nie ma, myśli przewrotnie.
Rano wychodzi do pracy wcześniej. Nie szykuje śniadania. Na stole pusta miska i kartka: Przykro mi, skończyły się produkty. Nie mam pieniędzy. Napij się wody.
Cały dzień pracuje automatycznie. Na obiedzie w bufecie zjada pierwszy od dawna porządny zestaw gulasz, puree ziemniaczane, kompot i bułeczka. Je smacznie, z poczuciem ulgi.
Wieczorem wraca bez siatek, bez ciężarów. Idzie i nawet nie boli ją krzyż.
Radek czeka w przedpokoju, wyraźnie niezadowolony.
Milena, gdzieś się podziewała? Jestem głodny jak wilk. W lodówce pusto nawet jajek nie ma! Byłaś w sklepie?
Milena zdejmując płaszcz spokojnie odpowiada:
Nie, Radku, nie byłam.
Jak to nie byłaś?! Co na kolację?
Nie będzie kolacji siada w fotelu, bierze książkę. Przecież ci mówiłam nie mam pieniędzy. Zaliczka dopiero pojutrze. W pracy piłam tylko herbatę, to i wytrzymałam. Wytrzymaj i ty. Kryzys, jak mówiłeś.
Radkowi wytrzeszcza oczy.
Chyba żartujesz?! Gdzie jest zupa?! Zawsze coś wymyśliłaś!
Fantazja mi się wyczerpała. Z powietrza kotletów nie ulepię. Moje grosze poszły na opłaty i bilet miesięczny. Budżet wyczerpany.
Kręci się po kuchni, szuka. Słychać, jak szeleszczą resztki makaronu. Po chwili pachnie gotowanym makaronem. Milena uśmiecha się pod nosem same kluchy, bez masła i parówki, świetne danie dla milionera z 23 tysiącami na koncie.
Dzień powtarza się. Milena zjada solidny obiad w pracy, potem kawę i rogalika w kawiarni przez park. Do domu wraca najedzona i odprężona.
Radek jest coraz bardziej rozgorączkowany.
To już przestaje być śmieszne, Milena! Drugi dzień jem suchy makaron! Robisz mi na złość? Jesteś gospodynią czy nie?
Jestem żoną, nie czarodziejką odpowiada spokojnie. Nie mogę kupować bez pieniędzy. Daj mi pieniądze, pójdę do sklepu, zrobię obiad i kolację. W czym problem?
No przecież nie mam! krzyczy, oczy latają. Zaraz będą!
No ja też nie mam. To dieta. Podobno na zdrowie.
Wieczorem wychodzi zdenerwowany, po godzinie wraca, śmierdzi kebabem. Milena tylko kiwa głową na kebaba pieniądze znalazł.
Mija tydzień. W domu zapada chłodna atmosfera. Milena nie gotuje, nie sprząta po Radku, nie pierze jego rzeczy.
Proszku nie ma, mówi na jego pretensje. Nie stać mnie na nowy.
Radek wścieka się, próbuje rzewnie, potem groźnie.
Stałaś się zimna jak lód! wrzeszczy w piątkowy wieczór. Pracuję, haruję, a w domu chlewu nie poznasz! Nie ma co jeść! Po co mi taka żona?
A po co mi taki mąż? odpowiada cicho, patrząc mu w oczy. Który nie potrafi zapewnić rodzinie chleba i proszku do prania? Ja też pracuję i jestem zmęczona, a jakoś wszystko jest na mojej głowie.
Bo jesteś kobietą! To twój obowiązek!
Moim obowiązkiem jest kochać i troszczyć się, jeśli ktoś o mnie dba. W jednostronną grę nie gram.
W sobotni poranek w powietrzu unosi się zapach smażonej kiełbasy i jajek. Milena wychodzi do kuchni Radek siedzi przy stole, je jajecznicę z pomidorami i kiełbasą, przed nim kawa i kanapka z serem.
Kiedy widzi Milenę, lekko się zająkuje, ale szybko odzyskuje pewność siebie.
O, wstałaś. Jak chcesz, to się dosiądź. Znalazłem trochę drobnych w zimowej kurtce, poszedłem do sklepu.
Milena siada, patrzy na stół: drogi ser, kiełbasa, jajka z wolnego wybiegu.
Dzięki, nie jestem głodna, mówi. Chce zobaczyć, jak długo to potrwa. Jedz, jedz. Siły ci się przydadzą.
Radek przeżuwa, unikając jej wzroku. W końcu zaczyna:
Milena, skończmy tę szopkę. Pożyczyłem od Marka pięćset złotych. Weź, idź do sklepu, zrób normalny obiad. Nie można tak funkcjonować.
Kładzie na stole pięćset złotych. Milena patrzy na banknot, potem na niego.
Pożyczyłeś od Marka? A z czego oddasz? Przecież masz same opóźnienia w wypłacie…
Oddam, jak się da! Co cię to obchodzi? Po prostu kup jedzenie!
Milena bierze banknot do ręki, ogląda go.
Dobrze. Kupię sobie to, czego sama potrzebuję. A ty jedz u Marka, skoro taki hojny.
Co ty wygadujesz?! Dałem ci na rodzinę!
Na rodzinę? podnosi głos. A kiedy w środę dostałeś 5 400 zł, to były czyje pieniądze? Osobiste? A jak masz na koncie dwadzieścia trzy tysiące? To jakiś fundusz wspomagania głodujących mężów?
Radek zamarł. Twarz mu pobladła, potem pojaśniała czerwienią.
Grzebałaś mi po kieszeniach? Śledziłaś mnie?
Nie przerzucaj winy, Radek. Znalazłam przypadkiem, kiedy wieszałam twoją kurtkę. I wiesz, co mnie najbardziej boli? Nie to, że chowasz kasę. Ale że patrzysz, jak liczę każdy grosz, jak chodzę w dziurawych butach, a ty spokojnie jesz obiad z moich pieniędzy! Nie wstyd ci?
Oszczędzałem! krzyknął, waląc pięścią w stół. Na samochód! Stary już się rozsypuje! Chciałem zrobić ci niespodziankę! Ale ty… pieniądze tylko ci w głowie!
Niespodzianka? Milena gorzko się zaśmiała. Niespodzianka jest, gdy kupujesz auto i nikt przez to nie głoduje. Kiedyś ustalilibyśmy to razem. A ty żyłeś na mój koszt i zbierałeś własny zapas. Pasożytowałeś na mnie, Radek.
Ty nic nie rozumiesz! Jestem facetem, potrzebuję porządnej fury, nie będę się przed kumplami wstydził! A ty z tymi żołądkami… miesiąc oszczędzania i wielki problem!
Jeszcze nie umarłam, kiwa głową Milena. Ale coś we mnie umarło. Szacunek do ciebie. Zaufanie.
Odkłada banknot na stół.
Zostaw sobie. Kup za to bilet.
Jaki bilet? głupieje Radek.
Do świetlanej przyszłości. Albo do mamy. Albo do kawalerki na wynajem. Nie interesuje mnie to. Nie chcę żyć z człowiekiem, który robi ze mnie służącą i naiwną idiotkę.
Wyrzucasz mnie? O wszystko chodzi tylko o pieniądze?! patrzy na nią z niedowierzaniem.
Nie o pieniądze, Radek. O szacunek. Pakuj się.
Nie wyszedł od razu. Była długa, męcząca kłótnia wyzywał, przepraszał, obiecywał futro (z tych oszczędności), znowu krzyczał. Milena pozostaje niewzruszona. Jakby zobaczyła go pierwszy raz obcego, małostkowego, roszczeniowego.
Wieczorem pakuje torbę.
Jeszcze pożałujesz! rzuca na progu. Kto cię zechce po czterdziestce, zostaniesz sama z kotami! Ja znajdę kogoś, kto ceni faceta!
Powodzenia, odpowiada Milena, zatrzaskując drzwi.
Opada pod drzwiami na ziemię. Brak sił. Nie płacze, jest tylko przeszywająca pustka.
Idzie do kuchni. Pakiet kiełbasy, co kupił Radek, wyrzuca do śmietnika. W lodówce prawie nic poza jej pojemnikiem z kurzymi żołądkami, o którym zapomniała.
Nic nie szkodzi, mówi do siebie. Przynajmniej wiem teraz, na co idą moje pieniądze.
Mija miesiąc.
Milena wraca z pracy wolnym krokiem. Jest początek maja, pachnie bzami i świeżą trawą. Idzie do ulubionego Lidla. Bez pośpiechu wybiera słoiczek czerwonego kawioru (na promocji, ale i tak!), dobry ser pleśniowy, butelka białego wytrawnego wina, świeże warzywa, stek z pstrąga.
Na kasie płaci kartą, na której teraz zawsze są pieniądze. Okazało się, że życie w pojedynkę jest dużo tańsze. Opłaty mniejsze, prąd, gaz ledwo co zużywa. Zakupy też: koniec wydatków na piwo, papierosy i wieczne daj na benzynę.
Milena wraca do domu, włącza ulubioną muzykę. Smaży rybę, nalewa kieliszek wina. Siada przy oknie, patrzy na zachód słońca.
Telefon dźwięczy. SMS od Radka.
Milena, hej! Jak się masz? Może się spotkamy, pogadamy? Zrozumiałem, że się myliłem. Głupia ta cała maszyna… Nie kupiłem jej. Pieniądze są. Zacznijmy od nowa? Tęsknię.
Milena patrzy na telefon, bierze łyk schłodzonego wina. Przypomina sobie jego minę, gdy krzyczał o pieprzonych żołądkach. Upokorzenie, kiedy prosiła go o pieniądze na proszek.
Usuwa sms i blokuje numer.
Też tęskniłam, mówi do ciemnego okna. Za sobą. Za spokojem. I już nikomu tego nie oddam.
Nazajutrz kupuje sobie nowe buty. Drogie, ze skóry, włoskie. I rezerwuje turnus w sanatorium na dwa tygodnie. Oszczędności z uwolnionych pieniędzy wystarczyło w sam raz.
Życie po rozwodzie nie kończy się. Wręcz przeciwnie smakuje i jest w nim więcej prawdy.


