Mąż na weekend
Kotlet leżał na talerzu dokładnie na środku, zamknięty w kręgu surówki i sosu. Andrzej wpatrywał się w niego, a żołądek mruczał cicho, jakby kot schował mu się pod żebrami.
Bożenka, mogę zrobić sobie kanapkę? Strasznie jestem głodny.
Andrzeju, kolacja za dwadzieścia minut. Ziemniaki ostygną, jak teraz coś zjesz.
Ale tylko kromkę… Jedną.
Wytrzymaj jeszcze chwilę. Wszystko mam wyliczone: ziemniaki będą gotowe o siódmej piętnaście, kurczak siedem dwadzieścia. Jak najesz się teraz, nie zjesz kolacji. I zapamiętaj: wszystko musi mieć swoje miejsce i czas.
Andrzej westchnął, ciężko, powietrze świsnęło jak wiatr za zakrętem. Usiadł do stołu. Bożena stała przy lodówce, z namaszczeniem układała świeże produkty: mleko na drugiej półce od prawej, ser żółty w dolnej szufladzie, jogurty chronologicznie najkrótszy termin najbliżej drzwi.
Chociaż herbatę mogę sobie nalać?
Jedną łyżeczkę cukru. Tylko jedną.
Bożena, mam swoje lata…
A twój tata miał cukrzycę. I dziadek. Jedna łyżeczka.
Andrzej chciał wstać do czajnika, ale już trzymała jego kubek. Z precyzją farmaceuty nasypała cukier na dno, zalała cienką herbatą i postawiła na stole.
Proszę. Pij.
Spojrzał na kubek i na jej plecy, ponownie pochylone do zimnych półek. Napił się, herbata była jakby przefiltrowana przez watę blada, ledwie słodka. Nic nie powiedział, bo właściwie i tak nie miało to znaczenia.
Za oknem listopadowy wieczór schował Warszawę pod peleryną światła latarni. Ich blok na Bródnie był jak zapałka przyklejona do innych ściśnięty, równo spiętrzony. Ulica parkowała swoje samochody od lat tak samo. Świat był niezmienny, statyczny, przewidywalny.
Miał pięćdziesiąt siedem lat, ona pięćdziesiąt pięć. Trzydzieści lat razem czas gęstniał w ścianach, odnosząc się do wszystkiego z aptekarską dokładnością. Mieszkanie czyściutkie jak sala operacyjna, głuche jak kościelna krypta.
***
Sobota zawsze zaczynała się o ósmej nie że nie można było pospać dłużej, tylko w sobotę od ósmej liczył się dzień. Bożena w piątek wieczorem wypisywała plan, cienkim długopisem, w zeszycie w kratkę:
8:00 śniadanie.
8:30 sprzątanie.
10:00 zakupy. Spożywczy na Białołęce, chemia osobno.
12:00 obiad.
13:00 godzina odpoczynku.
14:00 odwiedziny u cioci Ewy.
17:00 powrót.
17:30 kolacja.
18:30 telewizja albo książka.
22:00 spać.
Andrzej znał na pamięć ten rytm. Nic się nie zmieniało od piętnastu lat. Czasami godzina odwiedzin czy adres sklepu, reszta stężała w powtarzaniu.
Mopował korytarz od ściany do ściany i myślał o wędkowaniu. Bez powodu. Ile lat temu był na rybach? Ostatnio z Jankiem z pracy jezioro Zegrzyńskie trzy płotki i jeden leszcz. Do północy gotowali zupę rybną na ognisku. Janek żartował tak głośno, że kaczki uciekły.
Wrócił późno. Bożena czekała już ubrana w cichy gniew.
Wiesz, która godzina?
Trochę się zasiedzieliśmy…
“Trochę”. Osiem razy dzwoniłam. Kolacja w lodówce, już nie taka, jak powinna być.
Przepraszam.
Ty wiesz, jak ja się denerwowałam?
Przepraszam, Bożena.
Nigdy więcej nie pojechał na ryby. Nie dlatego, że mu zabroniła. Sam sobie odciął tę drogę. Zawsze było “coś” ważniejszego: naprawa, ciocia, zakupy. Szybciej było nie proponować.
Andrzej, płuczesz dobrze szmatę? Nie wyciskaj za bardzo, będą smugi.
Wyciskał pod jej głos choć nie widział różnicy. Podłoga lśniła. Bożena mogła chwalić się czystością każdemu. Rozmawiając przez telefon z koleżanką, rzuciła raz: “U mnie nawet z ziemi byś mogła jeść”. Andrzej pomyślał tylko, że nigdy w życiu nie chciałby jeść z podłogi, nawet pod mikrobiologiczną lupą.
Zakupy poszły wedle grafiku. Obiad też. Ciocia Ewa podała pierogi lekko przypalone. Bożena delikatnie, ale wyraźnie stwierdziła: “Ewuniu, chyba piekarnik ci nierówno piecze”. Andrzej zjadł trzy, bo ta goryczka była jak przyprawa.
Wrócili dziesięć minut przed czasem. Bożena rozpakowała zakupy, postawiła czajnik, wyjęła sernik z twarogu z precyzyjnie równymi krawędziami, pokrojony na sześć identycznych kawałków.
Andrzej usiadł naprzeciwko, zalał go oswojoną codziennością i poczuł… jakby się dusił. Nie przez sernik. Przez tę przenikliwą pewność, że przecież już dokładnie wie, jak smakować będzie nie tylko jutro, ale i cały następny rok.
Zjadł, wypił, poszedł włączyć telewizor.
***
Odkurzacz rozpadł się w środę wieczorem. Stanął, cisza pusta jak wanna. Andrzej rozkręcił go na stole kuchennym zacięty filtr i jakieś pęknięcie przy szczotce. Prosta sprawa. Od dwudziestu dwóch lat pracował w warszawskim “Elektroniku”, gdzie był inżynierem serwisu naprawa odkurzacza to jak obieranie ziemniaków.
Bożena stanęła w drzwiach.
Co robisz?
Filtr zabity, mocowanie pękło. Zaraz zrobię.
Wezwij serwis, po co się męczysz.
Przecież to chwila…
Dwa razy naprawiałeś żelazko sam. Raz już w ogóle nie grzało, innym razem tylko z jednej strony.
Tym razem wiem, co robię.
Inżynier jesteś na zakładzie, nie od zabawek w domu. Później będzie drożej.
W nim coś się poruszyło, jakby pod dywanem przesunął się kamień. Patrzył na rozebrany odkurzacz, na swoje ręce i na jej spokojną, i wiecznie przekonaną twarz.
Ja… naprawię!
Bożena patrzyła teraz już z obawą, potem z lekką irytacją. Odeszła z kuchni.
Po godzinie odkurzacz powrócił do życia głośniejszy, silniejszy. Andrzej posprzątał po sobie, zamknął narzędzia i uruchomił silnik tylko po to, żeby posłuchać czystego szumu.
Przeszła obok, spojrzała, przytaknęła bez słowa.
Wiedział, że miał nadzieję na jedno: “Brawo”.
***
Znalazł ogłoszenie przy wejściu do metra. “Naprawa starych sprzętów, molbertów, wszystkiego. Adres i telefon.” Jego gramofon Unitra, prawie relikt, zamieszkał od lat na wąskiej półce w przedpokoju, od lat nie działał. Bożena naciskała, by go wyrzucić, on mówił: “potem”, i wstawiał z powrotem.
Kupiony przed ślubem, tata dopłacił. Słuchał na nim turnieju piosenki studenckiej, Okudżawę i Niemena. Płyty były jego szczęściem; Bożena zapakowała je potem do pudła i wyniosła do schowka. On czasem otwierał schowek i liczył, czy są.
Telefon z ogłoszenia milczał. Andrzej postanowił pójść pod wskazany adres. Stara kamienica na Powiślu, ciemna klatka, schody skrzypią jak drzwi do starego snu.
Trzecie piętro. Dzwoni długo. Otwiera kobieta w wieku jego, w fartuchu cały umorusanym farbą niebiesko, żółto. Włosy upięte abnegacko, jedna strużka zieleni na policzku.
Pan po ogłoszeniu?
Tak… o gramofon chodzi…
Wchodźcie! Jestem Waleria. Ostrożnie, molbert stojący w korytarzu, żeby nie potknąć się na przejściu.
Wchodząc, Andrzej czuje zapachy niemożliwe: terpentyna, kawa, wiatr i dzieciństwo. Ściany zawalone sztalugami, pędzle mokre, tubki z farbami rozsypane na parapecie. Rudy kot, co mruży zielone oko i patrzy z kanapy jak król.
Przepraszam za bałagan mruczy Waleria ale rano malowałam.
Nic takiego zdziwił się, że to mówi całkiem szczerze.
Coś naprawić?
Unitra, nie kręci się talerz. Próbowałem rozebrać, chyba motor pada…
Unitra! Oczywiście! Tam się czasem styk zaśniedzie. Diody palą?
Sprawdziłem, to głębiej.
Waleria kiwa głową.
A gramofon pan przyniósł?
Chciałem najpierw zapytać.
Zawsze gubię telefon. Jest pod poduszką, albo pod łóżkiem. Proszę przynieść. Ale jeśli pan się nie spieszy, pomoże mi pan molbert naprawić? Zrobię zniżkę.
***
Molbert okupował połowę pokoju deski rozklekotane, śruba się obracała. Chciałoby się, żeby już złamał się do końca.
Tu śrubek brakuje, pokazuje Waleria próbowałam czymkolwiek dokręcić, ale nie trzyma.
Andrzej klęknął, poprosił o śrubokręt, otrzymał trzy różne wybrał jeden, zabrał śrubę, poprosił o taśmę izolacyjną, podłożył, dokręcił. Molbert znowu stał.
To tylko na chwilę. Potrzebny porządny śrubek M6, w każdym sklepie narzędziowym.
M6, powtarzała jak zaklęcie. Mogę zapisać?
Maczała pędzel w czarnej farbie i na gazecie jak na manifeście: M6 Z NAKRĘTKĄ!!
Andrzej roześmiał się a dźwięk był, jakby nocą wiatr odgarnął mu myśli.
Wyrzucisz gazetę, zapomnisz.
Nieee, powieszę na lodówce! Chodź na herbatę. Mam wczorajsze paszteciki z kapustą.
Chciał powiedzieć “nie”, “mam jeszcze własne sprawy…”. Ale powiedział:
Z chęcią.
***
Pili herbatę w malutkiej kuchni z widokiem na dachy. Na parapecie bałagan roślin w doniczkach. Paszteciki nierówno, jeden na drugim, bez serwety wszystko nieporządne, a przez to… smakowało. Kapusta z cebulką i jajkiem pachniała jak dom mamy.
Pycha mruknął z zaskoczeniem.
Tak? Nie umiałam piec, córka mnie nauczyła przed wyjazdem. Teraz w Krakowie na historii sztuki. Dwadzieścia dwa lata. Sama dorosłość, nie to co ja…
A tu mieszkasz długo?
Ćwierć wieku chyba. Byłam żoną… potem rozwód, z kotem mieszkam od roku.
Przykro?
Chyba już nie. Jak ciężko idziesz w niewygodnych butach, aż stopy cię bolą, nagle ściągasz i myślisz: jak ja mogłam tyle lat wytrzymać?
Andrzej patrzył w okno. Drzewo, już prawie bez liści, trzymało się uparcie ostatnich.
Ty jesteś inżynierem?
Tak, w “Elektroniku” na Mokotowie.
Lubiłeś to zawsze?
Z maszynami tak. Dłubać, rozkręcać, naprawiać. No i… ryby bardzo.
Ryby? Opowiedz.
Zdziwił się Bożena zawsze zmieniała temat.
Młody byłem, tata mnie zabierał. O świcie, jeszcze ciemno. Zapach wody… Taka cisza, że słychać, jak kaczka trzepocze po rzece.
Waleria słuchała, broda na dłoni.
Potem Janek, kolega. Raz taki lin złapałem, myślałem najpierw, że złapałem gałąź…
Opowiadał i opowiadał. Gdy spojrzał na zegarek, było już prawie dziewięć wieczorem.
O rany, muszę jechać.
Pewnie. Dzięki za molbert. I za opowieść.
Za ryby?
Za obraz. Już widzę tę wodę.
***
Gdy wrócił do domu, Bożena siedziała na kuchni. Kolacja pod talerzem, czekająca jak codzienna sentencja.
Gdzie byłeś?
Poszedłem w sprawie gramofonu. Kobieta malarka, poprosiła o pomoc z molbertem. Zagadałem się.
Nie zadzwoniłeś.
Nie myślałem, że tak długo.
Czekałam z kotletami. Teraz suche, dwa razy odgrzewałam.
Patrzył na jej twarz, na talerz. Usiadł.
Przepraszam za kotlety.
To nie kotlety! To sprawa zasad. Mówisz gdzie jesteś, szanujesz czas. To wymaga szacunku.
Masz rację. Nie pomyślałem.
Ty nigdy nie myślisz. Zawsze coś pomylisz, jak z tym twarogiem miało być pięć procent, przyniosłeś dziewięć!
W milczeniu odwiesił kurtkę. Ręce spokojne, sprężyna wewnątrz twarda i coraz bardziej napięta.
U niej zjadłem. Miała paszteciki.
Paszteciki.
Tak.
Pojechałeś po gramofon a wróciłeś o dziewiątej. Wiesz, jak to brzmi?
Pomogłem, napiłem się herbaty. Sama kobieta, malarka, wdowa.
Już znasz jej życiorys.
Rozmawialiśmy. Tylko rozmawialiśmy.
Bożena schowała kotlety do lodówki.
Sam sobie odgrzejesz. Ja idę spać.
Został przy stole, słuchał deszczu. A deszcz padał nie według planu.
***
Potem kilka razy powtórzył wizytę. Z gramofonem, potem po odbiór. Naprawiony był mistrzowsko, motorek działał Waleria znała dobrego fachowca. Drugi raz on przyniósł ciasto z wiśniami z cukierni.
Potem pojechał tylko, by sprawdzić, czy kupiła M6 kupiła M4. Pomyliła. Śmiali się oboje. Andrzej przyniósł oba rozmiary na wszelki wypadek.
Bożenie nie mówił już za dużo. Mówił, że jedzie do “tej pracowni”, nie precyzując. Ona nie pytała o szczegóły. Chciała tylko, by wrócił na czas kolacji.
Raz przyszedł bardzo późno oglądali z Walerią reprodukcje Malczewskiego, opowiadała o świetle czas się zwinął. Nigdy nie myślał, że światło może być tak ciekawe.
Bożena czekała.
Kotlety…
Bożena, posłuchaj.
Coś nowego było w jej spojrzeniu nie gniew, tylko niepokój. Ożywiony, ludzki niepokój.
Andrzej, co się z tobą dzieje?
Nic się nie dzieje. Odwiedzam koleżankę, pomagam jej. Lubię czasem z nią pogadać.
Rozumiesz, co mówisz?
Rozumiem. Tam nie ma tego… no wiesz. Po prostu rozmowa.
Tak po prostu?
Tak.
Trzydzieści lat razem. Trzydzieści lat prowadziłam dom, gotowałam, dbałam o twoje zdrowie jestem główną księgową, mam poważną pracę, myślę za nas oboje.
Bożena, wiem.
To czemu jedziesz do jakiejś malarki zamiast być w domu?
Nie umiał odpowiedzieć. A może umiał, tylko wiedział, że to zabrzmi okrutnie.
***
Wyjechał w piątek wieczorem. Spakował: dwie koszule, maszynkę do golenia, książkę, którą odkładał od lat. Bożena stała w drzwiach i patrzyła, jak pakuje torbę.
Gdzie?
Muszę być sam. Chwilę pomyśleć.
To głupota.
Może. Ale muszę.
Do niej jedziesz.
Muszę pomyśleć.
Andrzej!
Zamknął torbę, odwrócił się. Stała wyprostowana, szlafrok przewiązany równo, twarz zbita jak niefortunna porcelana bezbronna.
Zadzwonię.
Wyszedł.
***
Waleria nie pytała. Gdy zadzwonił, spytał, czy może na kilka dni odpowiedziała: “Pewnie, kanapa wolna”. Tyle.
Spał w pokoju pełnym sztalug. Kot Maniuś sypiał u nóg. Rano Waleria gotowała kawę z kardamonem i rozmawiali o niczym pogoda, brak mleka, kot znowu ugryzł kwiat.
Bożena dzwoniła, coraz rzadziej. Andrzej czasem odbierał. Słyszał jej spokojny głos:
Andrzej, bierzesz leki na ciśnienie?
Tak.
Kurtka ciepła? Ma być mróz.
Wziąłem.
Masz wizytę u lekarza pojutrze, czternasta. Zapisałam już w styczniu.
Dobrze.
Nie mógłbyś po prostu wrócić? Czego ci tu brakuje?
Milczał sekundę.
Oddzwonię.
Potem dzwoniła sąsiadka, kolega z pracy, nawet jej kuzyn. Bożena jak zwykle uruchomiła sieć znajomych. Tym razem celem stał się on.
Jak się czujesz? spytała kiedyś Waleria.
Dziwnie. Trochę strasznie. Niezwyczajnie.
To normalne.
Rano ubrałem koszulę inną niż zawsze. Najzwyklejszą, granatową. Od lat sam sobie nie wybrałem.
Ona wybierała?
Rozkładała codziennie. Mówiła, że tak lepiej. Ja… po prostu się przyzwyczaiłem.
Cisza.
Ona mnie kocha. Umie po swojemu.
Wierzę.
Ale przy niej mnie już nie ma. Stałem się zadaniem w jej grafiku.
***
Bożena przyszła w niedzielę. Znalazła adres u niej takie rzeczy to trywialność. Otworzył. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy.
Wejdę? spytała.
Zrobił miejsce.
Rozejrzała się. Przez chwilę jej twarz coś cieńsze skrzywiło może wstręt, może bezradność. Na wycieraczce leżał but Walerii, przewrócony. Szalik w paski dyndał na wieszaku. Z kąta wyzierał kawałek płótna.
Wyszła Waleria. Spojrzały na siebie.
Dzień dobry szepnęła Bożena.
Dzień dobry odpowiedziała Waleria.
Bożena do Andrzeja:
W porządku?
Tak.
Bierzesz leki?
Bożenka…
Po prostu pytam.
W progu kuchni Andrzej właśnie kroił ogórka do sałatki nierównymi kawałkami w różnych kierunkach. Bożena zamarła czuła w trzewiach, że ogórek trzeba ciąć równo.
Bożena powiedział cicho nie trzeba było przyjeżdżać.
Andrzej, ja ci życie oddałam… Kochałam cię. Przez trzydzieści lat. Zawsze dla ciebie.
Wiem.
Więc dlaczego?
Waleria odezwała się miękko:
Bożena, czy mogę coś powiedzieć? Nie jako rywalka. Jako człowiek.
Proszę.
Opieka to dawanie swobody oddychania. Gdy przy kimś nie da się oddychać, to już nie opieka, tylko kontrola. A pan Andrzej nie mógł tu oddychać.
Milczenie trwało długo.
Nie zna pani naszego życia odezwała się Bożena wreszcie.
To prawda.
Andrzej podszedł do Bożeny, złapał za dłoń. Nie zabrała jej.
Bożena, składam pozew o rozwód.
Po drodze jej palce rozłączyły się. Sięgnęła po torebkę, zapięła ją z godnością.
Nie zapomnij o lekach powiedziała, już przy drzwiach. W niebieskim pudełku po prawej.
Odeszła z podniesioną głową.
***
Rozwód trwał pół roku. Mieszkanie zostało dla Bożeny, nie kłócił się. Wynajął pokój tuż obok Powiśla, w bliźniaczej kamienicy. Absurdalne ale innej energii nie miał.
Życie przebudowywał powoli, cegła za cegłą. W sklepie kupował, co chciał. Chleb razowy nie z listy, czasem też drożdżówkę. Czasem jadł przy lodówce, łyżką z pojemnika. Kładł się spać, kiedy nie chciał spać. Oglądał do pierwszej “Rejs”, śmiejąc się jak dziecko przed karą.
Z Walerią nie układało się łatwo. Po obu stronach ostrożność. Z czasem ostrożność miękła. Ona zapominała kupić chleb, sama wydawała fortunę na tubki z farbą. On rozkręcał radio, rozłożone części zasiedlały kuchnię. Ona gubiła klucze. On zostawiał narzędzia w zamrażalniku raz znalazła tam kombinerki.
Kłócili się. Czasem mocno o pieniądze, o jej suszące się pędzle, o jego graty na stole. Nie liczyli jednak punktów. Gdy jeden stawiał herbatę na kuchni, drugi zawsze dołączał taki sygnał: już dobrze.
***
O ślubie Bożeny dowiedziała się od sąsiadki. Kilka miesięcy po rozwodzie kręciła życie kolejno praca, raport, telefon.
Wieczory były za ciche. Stawiała dwie filiżanki z automatu potem zabierała jedną. Ból był niespodziewany.
Szefowa zatrzymała ją kiedyś po odprawie.
Pani Bożeno, co się dzieje?
Nic.
Dwa miesiące już pani nieobecna. Coś się stało w domu?
Rozwód.
Sama przez to przeszłam. Dobry rad: najpierw posprzątaj w środku, nie w domu. Pogadaj z kimś. Nie z koleżanką, ze specjalistą.
Chciała się obrazić przemilczała.
***
Psychologa znalazła przez internet. Kobieta, po czterdziestce, w gabinecie na Ochocie. Pierwsze trzy wizyty niemal milczała. Na czwartej padło pytanie:
Kiedy ostatnio bała się pani o siebie?
Myślała długo.
Gdy Andrzej pakował torbę. Wtedy, bo zdawałam sobie sprawę, że nie mam kontroli.
Czemu tak ważna była kontrola?
Znowu cisza. Za oknem śnieg.
Jeśli nie mam wszystkiego w ręku, wszystko się rozpadnie. Mama zawsze to mówiła.
Całe życie bała się pani stracić?
Tak.
I?
Okazało się, że trzymając zbyt mocno, też można stracić.
To bolało. Ale też uwalniało.
***
Do Domu Kultury zaprosiła ją sąsiadka. “Wystawa akwareli.” Poszła w niedzielę. Obrazy zachwyciły przezroczystością, światłem.
Stała przed jednym, kiedy pojawił się przy niej mężczyzna starszy, z roztargnionym wzrokiem.
Widzi pani ten kąt? Autor zostawił fragment samego papieru. Cała siła tej pracy jest tam.
Nigdy nie zauważyłam.
Ja jestem Andrzej powiedział.
Bożena.
Był niezdarny. Na wyjściu zaczepił kurtką o drzwi, zamek znów się rozpiął.
Mogę? spytała, poprawiając suwak.
Kupię nową, kiedyś.
Stali jeszcze na schodach. Powiedział, że uczy gry na gitarze w tej samej placówce. I że lubi wystawy.
Będę w przyszłą niedzielę.
Nie obiecała, ale też przyszła.
***
Z Andrzejem było… nietypowo. Był wdowcem, jego żona umarła trzy lata temu. Żył sam, pił hektolitry herbaty, grał na gitarze, nie miał pamięci do dni, godzinami rozprawiał o, na przykład, miejskich drzewach.
Bożena próbowała go zorganizować: kalendarz, porządek w lodówce, przestawianie słoików.
On wziął jej rękę:
Bożenko, mnie tak wygodnie.
Patrzyła na jego dłoń nie było w niej ani złości, ani wykładu.
Przepraszam. Głupia przyzwyczajenie.
Nie głupia. Moja kuchnia.
Twoja powtórzyła.
To zapamiętała. Coraz częściej wyhamowywała dłonie na widok czyjegoś nieporządku.
Psycholog mówiła: Nie możesz kontrolować innych. Siebie to jest ciekawsze.
Bożena długo o tym myślała.
Zaczęła piec. Na początku według przepisu. Potem koleżanka podała przepis na szarlotkę z dopiskiem: “Cynamonu według uznania”. Stała ze słoiczkiem ile to “według uznania”?
Wsypała więcej, niż powinna. Szarlotka wyszła gorzka, zapach był jednak oszałamiający. Zjadła pół na stojąco.
Ty się uczysz piec? zdziwiła się sąsiadka.
Uczę. Nie zawsze wychodzi. Ale zabawnie.
Zmieniłaś się.
Bożena wyszła, uśmiechając się nagle do pustej ulicy jesiennej Warszawy.
***
Spotkali się przypadkiem, dwa lata później, nad Wisłą na spacerze. Andrzej z Walerią szli wałem. Bożena siedziała na ławce i czekała na Andrzeja gitarzystę, czytał jej właśnie rozdział z książki o Tatrach.
Pierwsza rozpoznała byłego męża. W niebieskiej koszuli. Uśmiechnięty, Waleria, w szerokim płaszczu, rzucała uwagi i śmiała się.
Schowała książkę. On podszedł.
Bożena, cześć.
Cześć, Andrzeju.
Waleria cofnęła się dyskretnie zostawiając im przestrzeń.
Dobrze wyglądasz powiedział szczerze. Inaczej, spokojniej.
Ty też.
Milczeli chwilę.
Jak tam?
Dobrze. W przyszłym miesiącu jedziemy z Walerią przed siebie, samochodem, przez małe miasta, bez planu, gdzie nam się spodoba.
Dokąd?
Nie wiem. I właśnie o to chodzi.
Kiwnęła głową i spojrzała na Walerię, która zapomniała o wszystkim, gapiona na kasztan.
A ty?
Uczę się piec. Śmiesznie może. Czasem nie wychodzi. Ostatnio ciasto się rozpłynęło i pękło na pół. Ale wszystko zjedliśmy.
To dobrze.
Z Andrzejem… on gra na gitarze. Jest roztrzepany. Uczę się… nie poprawiać wszystkich.
Popatrzył na nią.
Trudne dla ciebie.
Tak, ale ciekawe.
Podszedł jej nowy Andrzej z kawą i rogalikami.
Bożenko! Rogaliki z makiem i cynamonem, weź, co chcesz!
Roześmiała się, lekko.
Andrzej pierwszy mąż patrzył jeszcze chwilkę.
Śmiejesz się.
Śmieję.
Waleria podeszła.
Będziemy się zbierać powiedziała.
Wszystko w porządku odparła Bożena spokojnie.
Pożegnali się, bez żalu, bez cienia dawnych ran. Waleria machnęła ręką było w tym coś ciepłego.
Bożena patrzyła za nimi, aż zniknęli. Trzymali się za ręce i śmiali. Andrzej gitarzysta usiadł z papierową torbą.
Wybierz sobie.
Wyciągnęła rogalik z cynamonem. Był ciepły, rozpadł się trochę w dłoni.
Park szumiał liśćmi, daleko wrzeszczały dzieci, niebo niosło się z chmurą światła.
Bożena siedziała i śmiała się do siebie, myśląc: może nigdy bym nie doznała jak to jest kochać, nie kierować gdybyś wtedy nie odszedł.
Andrzej zaproponował jej rogalik z makiem. Wzięła kawałek.
Biorę wszystko.
W jesiennym parku życie było potem już tylko zwyczajne miękkie, zupełnie nowe.



