Dzisiaj obchodziłam swoje urodziny. Mój mąż podarował mi „prezent” — powiedział, że spodziewa się dziecka, ale nie ze mną.
Od dzieciństwa byłam wychowywana jak księżniczka z pałacu. Najlepsze szkoly, korepetycje, podróże. Mama powtarzała: „Zasługujesz na wszystko, co najlepsze, nie godź się na byle co”. Tata tylko wzdychał i przytakiwał — jedyna córka. Ale gdy przyszło do miłości, wszystko potoczyło się inaczej, niż marzyłam.
Mojej „księżniczkowej bajki” nie znalazłam od razu. Było wiele rozczarowań, przelotnych związków, pustych obietnic. Aż pojawił się Krzysztof. Wydawało mi się, że właśnie tak powinna wyglądać miłość. Był uprzejmy, czuły, dbał o najmniejsze szczegóły. Przynosił kwiaty bez okazji, deklamował wiersze, dotykał moich dłoni jak relikwii. Przyjaciółki były zachwycone. Wszystkie — oprócz Oli.
— Na pewno kocha ciebie, a nie konta twojego ojca? — pytała ze sceptycyzmem.
Śmiałam się. Wierzyłam Krzysztofowi jak sobie samej. Kochałam go do łez, do dreszczy, do szaleństwa. Pobraliśmy się skromnie, z miłości, bez wystawnych przyjęć. Rodzice podarowali nam mieszkanie w nowym wieżowcu na 25. piętrze. Widok zapierał dech. A Krzysztof, dzięki ojcu, szybko został wiceprezesem w naszej firmie rodzinnej. Choć trzeba przyznać, pracował uczciwie. Ojciec nawet mówił, że pewnego dnia odda mu biznes.
Byliśmy idealną parą. Tak przynajmniej sądzili wszyscy. Po kilku latach zaczęliśmy myśleć o dziecku. Rodzice marzyli o wnukach. Z Krzysztofem uznaliśmy, że to czas. Ale nie mogłam zajść w ciążę. Miesiące prób, łez, badań. Okazało się, że problem leży po mojej stronie. Leczenie, terapia hormonalna, nadzieja. Potem zdecydowaliśmy się na in vitro. Kilka nieudanych prób złamało mnie do reszty. Stałam się zgorzkniała, zamknięta w sobie. Ale Krzysztof był przy mnie. A może tylko tak mi się wydawało.
Zbliżały się moje trzydzieste urodziny. Rodzice nalegali na przyjęcie — muzyka, goście, długie rozmowy przy stole. Chcieli przywrócić mi uśmiech. Udawałam radość, choć w środku byłam pustka. W trakcie wieczoru zadzwonił telefon. Wyszłam do drugiego pokoju. W salonie rozbrzmiewał gwar, a w słuchawce — obcy, chłodny głos.
— Przepraszam, że przeszkadzam — zaczęła. — Wiem, że pani teraz ciężko, ale jako kobieta mnie zrozumie. Ja i Krzysztof jesteśmy już od dawna razem. I spodziewam się jego dziecka. Mówił, że pani ma z tym problemy. Proszę, niech pani go puści. On chce syna. Moje dziecko potrzebuje ojca.
Słuchałam, nie oddychając. W głowie dzwoniło. Pokój zawirował. Chciałam uciec, krzyczeć, zniknąć. Zrozumiałam, gdzie był przez te wszystkie wieczory, gdy mówił, że idzie do znajomych, do matki, na spotkanie. Dlaczego się oddalił, stał się szorstki.
Wytarłam twarz, wzięłam głęboki oddech i wróciłam do stołu. Uśmiechałam się. Śmiech więzł w gardle, oczy piekły, ale wytrzymałam. Pożegnaliśmy gości. Zostali tylko rodzice. Wtedy powiedziałam:
— Tato, mamo… Krzysztof mnie zdradza. I ta kobieta nosi jego dziecko.
W pokoju zrobiło się cicho jak w grobie. Ojciec wstał, podszedł do mojego męża i powiedział ochryple:
— Już nie jesteś moim zięciem. Wynoś się z mojego domu.
Mama zabrała mnie do siebie. Chciała zostać, ale poprosiłam, by zostawiła mnie samą. W nocy Krzysztof wrócił. Stał w przedpokoju jak zbity pies. Błagał o przebaczenie. Mówił, że jej nie kocha. Że to przypadek. Że może rzuciła na niego urok. Milczałam. Pozwoliłam mu zostać na noc. Nie z litości — byłam zbyt wyczerpana, by go wyrzucić.
Rano znów błagał. Chciał, żebym porozmawiała z ojcem. Powiedziała, że wszystko gra. Patrzyłam na niego i widziałam obcego człowieka. Miłość odeszła. Razem z zaufaniem.
Odszedł. Ta kobieta, jak mówił, niedługo rodzi. Nie wiem, czy to prawda, czy manipulacja. Ale wiem jedno — dziecka, na które tak czekałam, wciąż nie mam. A on — będzie. Nie ze mną.
Stoję przed wyborem: puścić czy walczyć? Ale o co walczyć, skoro on już zdradził? Życie bez niego przeraża. Ale życie z nim — stało się niemożliwe.



