MĄŻ WAŻNIEJSZY NIŻ GORYCZ URAZY
Piotr, to była ostatnia kropla! Koniec, rozwodzimy się! Nie klękaj, jak zawsze tym razem to już nie działa! postawiłam grubą kreskę pod naszym małżeństwem.
Piotr oczywiście nie uwierzył. Był pewien, że znów będzie jak zawsze: on rzuci się na kolana, przeprosi, kupi kolejny pierścionek, a ja wszystko wybaczę. Tak już nie raz bywało. Tym razem postanowiłam naprawdę zerwać te więzy. Palce, aż po najmniejszy, miałam obwieszone pierścionkami, ale życia w tym nie było. Piotr pił bez opamiętania i na okrągło.
A zaczęło się to wszystko tak romantycznie.
Mój pierwszy mąż, Marek, zaginął bez wieści w latach dziewięćdziesiątych. Wtedy w ogóle było strasznie żyć. Marek nie należał do najłatwiejszych w obyciu. Sam właził w tarapaty jak to mówią, oczy jastrzębia, a skrzydła komara. Gdy coś mu nie pasowało, robił awantury. Jestem pewna, że Marek został ofiarą jakichś nieporozumień. Wieści po nim żadnej nie było. Zostałam sama z dwiema córkami: Hania miała pięć, a Zuzia dwa lata. Minęło pięć lat od jego zaginięcia.
Myślałam, że oszaleję. Marka kochałam ogromnie, pomimo jego trudnego charakteru. Byliśmy jak papużki nierozłączki. Pewnego dnia postanowiłam koniec z uczuciami, będę sama wychowywać dziewczynki. Postawiłam na sobie krzyżyk. Jednak…
Nie było mi łatwo w tych ciężkich czasach. Pracowałam w zakładzie, a wynagrodzenie dostawałam… żelazkami. Trzeba było je sprzedawać, żeby kupić jedzenie. W każdą sobotę i niedzielę stałam z tymi żelazkami na rynku. Zimą, kiedy już nie czułam palców u nóg, podszedł do mnie mężczyzna.
Zmarzła pani? zagadnął nieznajomy.
Jak pan się domyślił? próbowałam żartować, choć zęby szczękały z zimna. Jednak od tego mężczyzny biło ciepło.
Faktycznie, głupie pytanie. Może napijemy się czegoś ciepłego, ogrzeje się pani? Pomogę zanieść żelazka.
No dobrze wymamrotałam bo odmrożę nogi.
Do żadnej kawiarni nie poszliśmy. Zaciągnęłam go pod mój blok, poprosiłam, by zaczekał przy wejściu i popilnował torby z żelazkami. Musiałam odebrać dzieci z przedszkola. Pobiegłam, nogi miałam lodowate, ale na duszy zrobiło się cieplej. Wracając z dziewczynkami, zobaczyłam Piotra (bo tak się przedstawił) stojącego i palącego papierosa. Pomyślałam: zaproszę na herbatę, a co będzie, to będzie.
Piotr wtaszczył torby na szóste piętro, bo oczywiście winda znów nie działała. Zdążyłam wejść z dziećmi na trzecie, a on już zbiegał z powrotem.
Zaczekaj, mój wybawicielu! Nie puszczę cię, dopóki nie napoisz się herbatą! chwyciłam go zmarzniętą dłonią za rękaw.
Nie wiem, czy nie przeszkadzam? zerkał na moje dzieci.
Ależ skąd! Weź dziewczynki za ręce, a ja szybko nastawię czajnik zaproponowałam bez wahania.
Nie chciałam, by ten mężczyzna mnie opuścił. Już był jakby swój. W trakcie rozmowy przy herbacie Piotr zaproponował, żebym została u niego asystentką. Obiecał pensję większą niż roczny dochód z żelazek.
Zgodziłam się pokornie, chciało się aż całować ręce za taką propozycję…
Piotr był drugi raz żonaty, ale akurat rozwodził się z poprzednią żoną. Miał syna z pierwszego małżeństwa.
I tak się zaczęło…
Wkrótce wzięliśmy ślub. Piotr adoptował moje dziewczynki. Wszystko szło jak po maśle. Kupiliśmy czteropokojowe mieszkanie, urządziliśmy nowoczesnymi meblami i sprzętem. Potem postawiliśmy domek letniskowy. Co roku jeździliśmy nad Bałtyk na wakacje. Życie jak w bajce…
Minęło siedem lat sielanki. W końcu Piotr, osiągnąwszy wszystko, zaczął regularnie zaglądać do butelki. Najpierw nie reagowałam rozumiałam, że dużo pracuje, jest zmęczony, musi się jakoś odstresować. Ale potem zaczął przesadzać nawet w pracy. Nie pomagały prośby ani rozmowy.
Jestem z natury awanturnicą. Żeby odciągnąć Piotra od kieliszka, postanowiłam… urodzić mu dziecko. Było mi już trzydzieści dziewięć lat. Gdy powiedziałam o pomyśle znajomym, nawet się nie zdziwiły.
No dajesz, Justyna, może my też jeszcze zostaniemy młodymi matkami po czterdziestce śmiały się koleżanki.
A ja zawsze powtarzałam:
Jak pozbędziecie się ciąży, możecie potem gorzko żałować. Ale jak urodzicie nigdy nie pożałujecie.
Urodziłam Piotrowi bliźniaczki. Mieliśmy już cztery córki! Ale Piotr pić nie przestał… Długo cierpiałam, aż w końcu zatęskniłam za powietrzem, przyrodą, swoim kawałkiem ziemi i zwierzakami. Dobre dla dzieci, a i Piotr nie miałby tyle czasu na procenty.
Sprzedaliśmy mieszkanie i letni domek, kupiliśmy dom w małej miejscowości. Otworzyliśmy świetną kawiarnię. Piotr został zapalonym myśliwym. Kupił strzelbę, mnóstwo akcesoriów, a w lesie zwierzyny było pod dostatkiem.
Sielanka trwała, aż Piotr któregoś razu znów się upił. Nie wiem, co wypił, ale zamienił się w potwora! Porozbijał naczynia, meble, w końcu chwycił za broń i strzelił w sufit!
Z dziećmi uciekłam do sąsiadów. To był koszmar.
Następnego dnia, gdy wszystko ucichło, wróciłyśmy na palcach do domu. Widok nie dla wrażliwych. Szkoda, że dziewczynki musiały to wszystko zobaczyć. Wszystko roztrzaskane, nic nie ma na czym usiąść, zjeść, spać. A Piotr spał trupim snem na podłodze.
Zebrałam, co się dało i razem z dziećmi poszłam do mamy. Mieszkała niedaleko.
Oj, Justynka, co mam zrobić z twoją gromadką? wzdychała mama. Wróć do męża, różnie w małżeństwie bywa. Wszystko się z czasem ułoży.
Mama wyznawała zasadę: lepiej mąż wyzywający niż żadnego byle chłop był przystojny…
Parę dni później Piotr się zjawił. Wtedy postawiłam kropkę. Co ciekawe, nic nie pamiętał ze swojego “popisu”. Nie uwierzył w moje “bajki”. Ale mi już obojętne. Przecięłam wszystko. Spaliłam za sobą mosty.
Nie wiedziałam, co dalej, ale zdecydowałam: lepiej biedować, ale być żywą niż dać się pobić pijakowi.
Kawiarnię sprzedałam za bezcen, bo chciałam jak najszybciej opuścić to miejsce. Zamieszkałyśmy w maleńkim domku w sąsiedniej wsi.
Starsze córki podjęły się pracy, a potem na szczęście wyszły za mąż.
Bliźniaczki były w piątej klasie. Wszystkie dziewczynki kochały Piotra i utrzymywały z nim kontakt, więc często wiedziałam, co się u niego dzieje. Przez nie Piotr błagał, żebym wróciła. Córki też miały pretensje: “No mama, daj już spokój, tata zrozumiał, sto razy przeprosił! Pomyśl o sobie, nie masz już dwudziestu pięciu lat…” Ale byłam nieugięta. Chciałam spokojnego życia bez dramatów.
Minęły dwa lata.
Zaczęło mi brakować Piotra. Gryzła samotność. Wszystkie pierścionki od niego musiałam sprzedać do lombardu. Odkupić się nie dało. Żal. Wspominałam dawną miłość, rozważałam. U nas w domu była miłość. W gruncie rzeczy Piotr wszystkie córki kochał jednakowo, mnie żałował, umiał przeprosić. Byliśmy wzorową rodziną. Każdy ma własne szczęście w cudze nie zajrzysz. Czego jeszcze chcieć?
Starsze córki już tylko dzwoniły, nie miały czasu na odwiedziny. Zrozumiałe młodość rządzi się swoimi prawami. Niedługo i bliźniaczki wyfruną z gniazda, a ja zostanę sama. Dziewczyny jak gęsi: gdy im wyrosną piórka, rozlecą się na cztery strony.
Namówiłam więc bliźniaczki, żeby wybadały tatę, jak mu się żyje. Może jakaś ciocia się pojawiła? Dziewczyny wszystko wybadały. Okazało się, że Piotr mieszka i pracuje w innym mieście. Do ust nie bierze alkoholu, nikogo nie ma, jest sam. Zostawił nawet dziewczynom dokładny adres na wszelki wypadek…
I tak żyjemy razem już piąty rok.
Zawsze mówiłam, że jestem odważną marzycielką…



