Cały świat znał i nie lubił Andrzeja za jego nieznośny charakter. Żył z żoną, Zofią, spokojną kobietą, ale z pewnymi problemami. Nie mogła dać mu dzieci. Przeżyli razem dwanaście lat, a potomstwa wciąż nie było.
I nagle, jak grom z jasnego nieba Zofia zmarła. Jej matka wiedziała, że córkę coś trapi, ale ta nigdy się nie skarżyła.
Córeczko, ostatnio jakoś kiepsko wyglądzasz pytała matka, gdy Zofia rzadko odwiedzała rodziców.
Nic, mamo, nic. Czasem słabo mi się robi, głowa kręci, ale poleżę i będzie dobrze. Nie martw się uspokajała ją córka.
Zofia nie przyzwyczaiła się narzekać, zwłaszcza przed mężem. Nie cierpiał, gdy żona skarżyła się na ból głowy czy coś innego.
Nie udawaj, znam was, baby. Zawsze coś was boli. Pracować się nie chce, więc jęczycie, byle tylko uciec od obowiązków. Nie jęcz, nikt cię tu nie będzie żałował słyszała w odpowiedzi.
Po pogrzebie minął rok. Andrzej żył sam, ale myśli o ponownym małżeństwie nie dawały mu spokoju. Samemu ciężko, choć przyzwyczaił się żyć jak wilk samotnik. Rozglądał się za kobietami.
Żonę trzeba wziąć bez dzieci myślał. Nie potrzebuję cudzych. Prawda, wszystkie kobiety w moim wieku mają już ogonki, każda z dziećmi. Trzeba młodszą, ale nie każda zechce za mnie wyjść
Andrzej zdawał sobie sprawę, że jego charakter nie podoba się sąsiadom. Przyjaciół nie miał, niewiele kobiet zgodziłoby się być z nim. Wybór padł na Kasię. Na zewnątrz wydawała się szarą myszką, niepozorną, ale pracowitą i skromną.
Pewnego dnia spotkał ją, choć właściwie na nią czekał:
Kasia, chodź no tu zawołał, gdy przechodziła koło jego domu.
Podniosła głowę, zobaczyła go w furtce i podeszła.
Dzień dobry powiedziała cicho.
No cześć odburknął Andrzej. Słuchaj, przyglądam ci się i myślę może byś za mnie wyszła? Sam jestem, gospodarstwo mam solidne. Życie będzie dostatnie, dzieci się urodzą. Brakuje mi dziedzica.
Oj, nie wiem zarumieniła się zaskoczona Kasia. Muszę z mamą porozmawiać.
No, rozmawiaj, a ja wieczorem do was wpadnę.
Kasia wróciła do domu i oznajmiła matce:
Mamo, chyba wychodzę za mąż.
Jak to? Za kogo? Przecież nie masz nawet chłopaka.
Andrzej dziś przyjdzie się oświadczyć
Ojej, córeczko, on przecież dużo starszy od ciebie. Zastanów się, zanim się zdecydujesz. Charakter ma trudny, zrzędliwy. Nie bez powodu szeptają, że żonę swoją do grobu zaprowadził harówką zamęczył, a może i gorzej. Kto to wie, cudze domy to ciemność.
Mamo, co tu myśleć? Kolejki chętnych do mnie nie ma, lata lecą. A może to tylko plotki o Andrzeju
Kasia wyszła za Andrzeja. Pierwsze miesiące wsi żyły tą historią. Jedni żałowali dziewczyny:
Szkoda, że za niego poszła, szkoda. Okrutny jest, nieprzystępny.
Inni uważali:
Andrzejowi się poszczęściło. Nie bez powodu skromną wziął będzie słuchać bez słowa i harować.
Tak właśnie było. Andrzej z sąsiadami żył w wiecznej wojnie, teściowej nie znosił, a Kasi rzadko pozwalał odwiedzać matkę.
Despota i tyran, prawdziwy despota powtarzała matka, gdy Kasia przybiegała do niej czasem po kryjomu, gdy mąż był w polu.
Mamo, wszystko w porządku, nie martw się. Znajdę do niego klucz. On gderze, a ja milczę, niech sobie gada. Tylko w duchu modlę się do Boga o cierpliwość uspokajała ją córka.
Och, córeczko, z takim malkontentem będziesz całe życie modły odmawiać mówiła matka, ocierając łzy.
Kasia urodziła jednak dwóch synów w ciągu pięciu lat. Nie że Andrzej ich nie kochał może i kochał, ale po swojemu. Wściekał się na nich, przeklinał, ile wlezie. Matka uczyła chłopców:
Trzymajcie się od ojca z daleka, bo jeszcze wpadniecie pod gorącą rękę.
Chłopcy szybko zrozumieli i uciekali z domu na podwórko. Dorastali, ale Andrzej wciąż był niezadowolony.
Gdzie się włóczą te lenie? W domu roboty huk, a oni biegają, kto wie gdzie To ty ich tak wychowałaś, żeby uciekali i się wymigiwali krzyczał na całe podwórko.
Kasia przywykła już do jego krzyków. Machała ręką i milczała. Choć dużo młodsza, była cierpliwsza i mądrzejsza. Całe gospodarstwo trzymało się na niej. Andrzej ostatnio częściej sięgał po kieliszek i awanturował. Oskarżał wszystkich.
Sąsiedzi widzieli i słyszeli, omijali go szerokim łukiem. Każdy wiedział, że lepiej z nim nie zadzierać. Co chwilę z ich podwórza rozlegały się wrzaski:
Wszyscyście mi obrzydli! Od rana do nocy haruję, was żywię, a w domu zero szacunku, same wydatki!
Jego ochrypły, pijany głos niosło po całej wsi. Kasia czasem odważyła się wtrącić:
Sam się ożeniłeś, sam dzieci chciałeś, a teraz narzekasz? A ile ty sam przepijasz, liczysz?
Ale lepiej by było, gdyby milczała, bo nie dało się go uciszyć.
Wszyscy mi obrzydli, zero spokoju! I dzieci przeciwko mnie nastawiasz! A ile wypiłem, to moja sprawa, swoje piję!
Kasiu, jak ty to wytrzymujesz? płakała matka. Ja bym dawno uciekła, po co z nim żyć i się męczyć?
Dzieci trzeba wychować, mamo. Niech sobie krzyczy, już się przyzwyczaiłam. Wytrzymam dla synów, oni też się przyzwyczaili.
Sąsiedzi też jej współczuli, dziwiąc się jej cierpliwości.
No i Kasia Jak ona to znosi?
Minęły lata. Synowie wyrośli, po szkole wyjechali do miasta, skończyli technikum, a potem zostali na miejscu, pracując w fabryce. Do domu zaglądali rzadko.
Mamo, nie gniewaj się, że tak rzadko przyjeżdżamy. Nie chce się z ojcem widywać. Nic dobrego od niego nie usłyszymy, tylko wrzaski i chamstwo.
Starszy syn obiecywałW końcu Kasia doczekała się spokoju, gdy Andrzej, który całe życie marzył, by tylko leżeć, odszedł cicho, a ona została otoczona miłością synów i wnuków, znajdując wreszcie ukojenie po latach trudów.



