**Dziennik pokładowy**
Marynarze zauważyli psa płynącego pośrodku morza. Gdy podpłynęli bliżej, ich świat wywrócił się do góry nogami
Jego palce drżały nie z zimna. Przycisnął koc do grzbietu psa, jakby otulał dziecko. Zapach mokrej sierści mieszał się z metalem, jodem i starym olejem prawdziwy zapach pokładu i życia, które próbowali ocalić.
Kacper wstał, wpatrując się w horyzont. Wiatr uderzał go prosto w twarz, włosy przykleiły się do czoła. Czul pod stopami wibracje statku, gdzieś głęboko warczał stary silnik, a palce zaciskały się na zimnej poręczy.
Wszystko w nim krzyczało: Nie ryzykuj!. Ale ten pies patrzył tak, że nawet morskie burze wydawały się cichsze niż jego spojrzenie. Marek otarł twarz i skinął na obrożę.
Wyblakłymi literami było wypisane jedno imię: Burek. To nie przypadek, że tu jest powiedział chrapliwie. To nie fale go wyrzuciły. Tymek przytaknął, głaszcząc mokry pysk.
Nie płynął bez powodu. Ktoś na niego czekał. Płynął gdzieś, zrozumieli. Dominik westchnął, przykucnął, patrząc psu prosto w oczy.
Co chcesz nam powiedzieć, dziewczynko? Co jest tam, przed nami? spytał, ale pies tylko uniósł głowę i znów wpatrzył się w dal. Mroźny wiatr unosił pianę, odbierał oddech. Fale waliły w kadłub, głuche jak dzwon.
Krople spadały na metal jak dźwięk dzwoneczków. Wszystko zlało się w jedną melodyjną gmatwaninę, w której słychać było pytanie bez odpowiedzi. Kacper cofnął się o krok, spojrzał na załogę.
Uratowaliśmy ją powiedział z trudem. To wystarczy. Trzeba trzymać kurs.
Ale Dominik tylko pokręcił głową. Marek odwrócił wzrok. A Tymek, obejmując psa, szepnął: Ale jeszcze nie wiemy, kogo ona prowadzi.
Te słowa zawisły w powietrzu jak zapowiedź czegoś znacznie większego. Wtedy nikt z nich nie przeczuwał, że ten pies zaprowadzi ich na granię życia i śmierci. Pies obudził się nagle, jakby ktoś przekręcił przełącznik.
Zerwał się na łapy, zanim Tymek zdążył złapać obrożę. Mokra sierść przylepiała się do boków, oddech był urywany, a oczy płonęły dziwnym światłem. Ciągnął ku burtom, szarpnął się tak mocno, że Tymek o mało nie runął na pokład.
Cicho, cicho. Tymek przycisnął go do siebie, czując, jak pies wije się w jego dłoni, jak serce pod mokrą sierścią wali, jakby chciało się wyrwać. Dominik podbiegł z kubkiem gorącej zupy.
Para unosiła się w zimne powietrze, mieszając się z ostrym zapachem słonej wody. No, jedz trochę! podsunął kubek pod nos, ale pies nawet nie spojrzał. Znów rzucił się ku burtom, drapiąc metal paz


