Przez dwa lata Maria była tylko opiekunką dla matki jego.
We śnie Maria przestała być zwykłą dziewczyną z Torunia. Nagle wyszła za mąż za Błażeja poważnego człowieka, którego wszyscy znali w okolicy. Koleżanki, Małgorzata i Jadwiga, patrzyły na nią z zazdrością, bo jej mąż miał własną spółkę w centrum Poznania, elegancką willę na Sołaczu, trzy samochody, domek letniskowy na Mazurach, a wszystko to osiągnął jeszcze przed trzydziestką. Niczym we śnie, Maria miała luksus codzienności tylko ona w tym świecie była jakby nieco przezroczysta.
Maria dopiero skończyła Uniwersytet Adama Mickiewicza, przez rok była nauczycielką w podstawówce na Wildzie, a latem urządzili wesele w starej drewnianej karczmie. Po ślubie, rzekł jej Błażej: Nie musisz pracować za parę złotych. Odpocznij i szykuj się na dzieci. Maria nie zaprotestowała. Zgodziła się, tonąc w gęstwinie sennych zdarzeń.
Pierwszy rok ich wspólnego życia stał się sennym marzeniem. Podróżowali do Zakopanego, do Pragi, wracali z walizkami pełnymi wrażeń i nowych sukienek. Maria kupowała płaszcze w Centrum Stary Browar, lecz nie było ich gdzie zakładać, bo jej przyjaciółki zniknęły, zaganiane przez pracę i rodziny. Błażej bywał na bankietach, na których Maria była jak duch nigdy nie zapraszana.
Czas płynął jak Wisła. Maria się nudziła, nie mogła zajść w ciążę, a jej uczucia do Błażeja rozmywały się jak poranna mgła. Gdy posprzątała dom, chodziła po pokojach, szeleszcząc kapciami, snując wizje o losie. Minął kolejny rok, a Błażej wracał do domu coraz później. Był zmęczony, rozżalony. Szeptał, że w interesach idzie im jak pod wiatr, a złotówki z portfela znikają za szybko.
Najpierw ograniczył wydatki, potem kazał Marii spisywać każdy rachunek i podsumowywać miesięczny budżet. Patrzył na paragony i mówił, że za połowę tej sumy mogliby jeść pierogi i żyć godnie. Maria czuła narastające zmartwienie chciała wrócić do pracy, lecz nikt nie potrzebował nauczycielki z jej doświadczeniem.
Spróbowała zapisać się na kurs w lokalnym Domu Kultury, ale wtedy matka Błażeja, Stanisława, zaczęła chorować. Błażej zabrał ją do willi, a Maria przez dwa lata była skazana na rolę opiekunki. Karmiła, podawała lekarstwa, siedziała przy łóżku, słuchając tykania zegara. Błażej jeszcze bardziej oddalił się od nich, jakby dom był mu obcy.
Kiedy Stanisława odeszła, jej syn zamknął się w sobie. Godzinami tkwił w biurze, a z Marią nie rozmawiał prawie wcale. Był cieniem człowieka, patrzył przez okno na szare poznańskie niebo.
Maria nie rozumiała, co się dzieje, aż w śnie, pełnym dziwnych obrazów, zapukała do starego mieszkania Stanisławy przy ul. Podgórnej, gdzie nie była od dawna. Za zamkniętymi drzwiami słyszała płacz. Myślała, że to jakieś złudzenie, lecz nacisnęła dzwonek. Otworzyła drzwi młoda kobieta, Kamila z twarzą jak z rozmytego wspomnienia.
Wtedy wszystko okazało się jasne jak przezroczysty poranek: Błażej przed chorobą matki miał już inną rodzinę i ukrył ją tutaj, w tym mieszkaniu, niczym sekret, który rósł po cichu. Dziecko płakało, a Maria poczuła nagłe ukłucie w klatce. W tej samej chwili wiedziała, że nie ma już po co wracać do starego życia.
We śnie pakowała maleńką torebkę; zostawiła złote kolczyki, stare zdjęcia, ulubiony szalik. Pojechała pociągiem do Łodzi, do ciotki Haliny, tylko z cieniem dawnych marzeń. Nie chciała, by choćby jeden przedmiot przypominał jej o miłości, o mężu, o życiu, które rozpadło się niczym porcelanowa zastawa na śląskiej podłodze.



