Słuchaj, mam taką historię, bo nie wiem już, co zrobić. Mamy dwoje dzieci, ale tak naprawdę kochamy tylko jedno. Zawsze czułem, że moi rodzice bardziej lubią moją siostrę, Jadwigę. Potwierdzili to jeszcze bardziej, kiedy wprowadzili ją i jej dwójkę małych pociech do swojego domu w Warszawie i poprosili mnie, żebym natychmiast się wyprowadził, mówiąc: Z twoją pracą zdalną sam możesz sobie pozwolić na mieszkanie.
Kiedy Jadwiga studiowała na uniwersytecie, rodzice podążyli za nią jak cień załatwiali wszystkie sprawy w dziekanacie, przychodzili na jej wykłady, a teraz opiekują się jej dziećmi. Ja nigdy nie dostałem takiej pomocy, a teraz mają mnie wyrzucić z domu.
Tato mówi, że jako mężczyzna powinienem sam się utrzymać, ale z jakiegoś powodu nie wymaga się tego od męża Jadwigi, który jest starszy ode mnie i podobno nie radzi sobie z utrzymaniem rodziny.
Podczas kłótni o wyprowadzkę głupio stwierdziłem, że mam takie samo prawo do mieszkania jak siostra i że przysługuje mi część tej nieruchomości. Mama od razu odpowiedziała, że ja i tata wciąż tu mieszkamy i nazwała mnie świną za to, że gadałem o podziale własności. Jadwiga podkreśliła, że próbuję ją i jej dzieci wyciągnąć z mieszkania.
Na papierze nie ma już żadnych szans, bo wiem, że rodzice szybko spiszą testament i mnie wykluczą. Czy naprawdę rodzina może się rozpaść o jedną kawalkę? Ja też jestem ich dzieckiem, a traktują mnie jak obcego. Zastanawiam się, po co mieć dwoje dzieci, skoro teraz wydaję się bezużyteczny?



