Mamy dwoje dzieci, ale kochamy tylko jedno.
Wiedziałem, że rodzice bardziej przywiązują się do mojej siostry Łucji niż do mnie. Ojciec, Stanisław, i matka, Barbara, potwierdzili to, wprowadzając ją i jej dwoje małych pociech pod swój dach, a jednocześnie kazały mi natychmiast wyprowadzić się, bo z twoją pracą zdalną możesz sobie pozwolić na własne mieszkanie.
Kiedy Łucja studiowała na Uniwersytecie Warszawskim, jej rodzice otaczali ją niczym cień robili zakupy w dziekanacie, załatwiali papierkową robotę, podpierali ją na wykładach i teraz pilnują jej dzieci. Ja od nich nic nie dostałem, a teraz mają mi kazać opuścić dom.
Stanisław powtarza, że jako mężczyzna powinienem sam się utrzymać, ale z jakiegoś powodu mąż Łucji, starszy ode mnie, nie potrafi zapewnić rodzinie podwalin.
Podczas kłótni o wyprowadzkę popełniłem głupotę, mówiąc, że mam tyle samo prawa do lokalu co siostra i że i mnie powinno w nim być miejsce. Na to Barbara wpadła w gniew, nazwała mnie świnią i przypomniała, że ona i Stanisław nadal mieszkają w tym mieszkaniu. Łucja zarzuciła mi, że chcę je wypędzić.
Z prawnego punktu widzenia nie ma szans, by to rozwiązać wiem, że rodzice w mig napiszą testament i wykluczą mnie ze spadku.
Czy naprawdę rodzina może rozpaść się o jedną kawalerkę? Ja też jestem ich dzieckiem, a oni traktują mnie jak obcego. Po co więc dwoje dzieci, skoro teraz wydaję się niepotrzebny?



