**Mamo, nie wyjeżdżaj**
Po kolacji Mama usiadła obok siedmioletniego Szymona i objęła go za ramiona. Chłopiec zesztywniał. Ostatnio, gdy tak zrobiła, powiedziała, że wyjeżdża na kilka dni w delegację, a on zostanie u jej koleżanki, cioci Oli. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że ciocia Ola miała córkę Kasię – straszną złośnicę i zarozumialcę. Ta wciąż skarżyła się na niego i przezywała brzdącem.
— Znowu jedziesz w delegację? Nie chcę do cioci Oli. Tam jest ta wredna Kasia — oświadczył Szymon, patrząc na mamę.
Mama uśmiechnęła się i pogłaskała go po jeżyku włosów. Szymon odważył się.
— Mamo, proszę, zabierz mnie ze sobą — błagał.
— Nie mogę. Będę zajęta całymi dniami. Co tam będziesz robił sam? — Wstała z kanapy i nerwowo chodziła po pokoju.
— Sama mówiłaś, że jestem już duży. Nie chcę do cioci Oli z Kasią. Mogę zostać sam?
— Przestań marudzić! — przykrzyknęła. — Jesteś za mały, żeby mieszkać sam. A co, jeśli coś się stanie? Nie chcesz do cioci Oli? To zawiozę cię do babci.
— Do Lublina? — ucieszył się Szymon, a jego oczy zabłysły radością.
— Nie, do innej babci, mamy twojego taty.
Dla Szymona to była nowość – okazało się, że ma jeszcze jedną babcię. Nigdy jej nie widział.
— Nie chcę — powiedział na wszelki wypadek.
— Nie pytam cię o zdanie. Pakuj podręczniki i co chcesz zabrać. Ja tymczasem spakuję twoje rzeczy.
Serce Szymona zabiło niespokojnie. Ostatnio, gdy mama zabierała go do cioci Oli, nie pakował żadnych rzeczy. To znaczy, że mama wyjedzie na długo.
— Nie chcę nigdzie jechać z rzeczami. Mogę pojechać z tobą? — jęczał.
— Przestań! Mężczyźni nie płaczą.
— Jestem dzieckiem, nie mężczyzną — szlochał Szymon.
Rano ubierał się powoli, mając nadzieję, że mama zmieni zdanie albo straci cierpliwość i pozwoli mu zostać w domu. Mama nakrzyczała na niego, że taksówka już na nich czeka i przez niego nie zdążą zjeść śniadania.
Jechali taksówką przez całe miasto, potem długo wjeżdżali windą. Szymon śledził cyfry na wyświetlaczu. Winda zatrzymała się na jedenastym piętrze, drzwi się otworzyły, a mama popchnęła chłopca w stronę metalowych drzwi.
Na dzwonek otworzyła kobieta, która wcale nie wyglądała na babcię. Miała na sobie długi czerwony szlafrok ze złotymi ptakami, a na głowie wysoką fryzurę. Patrzyła na Szymona z grymasem obrzydzenia, jakby zobaczyła szczura. Mama zawsze piszczała na widok szczurów. Ta kobieta nie piszczała, ale jej wzrok nie wróżył nic dobrego.
Zwykle dorośli mówili: „Kto to do nas przyszedł?” albo „Jaki śliczny chłopczyk!”. Ta kobieta nic takiego nie powiedziała, tylko patrzyła to na Szymona, to na mamę.
— Dzień dobry, pani Małgorzato. Dziękuję, że zgodziła się pani wziąć Szymona. Oto jego ubrania. Napisałam, jaki ma plan dnia, co lubi jeść, adres szkoły…
— Kiedy wrócisz z tej… — „babcia” prychnęła — „delegacji”? Miała głęboki, chrapliwy głos, jak mężczyzna.
„Może to przebrany facet?” — pomyślał Szymon.
— Za tydzień, może wcześniej — odpowiedziała mama.
Serce Szymona opadło. Spojrzał na mamę oczami pełnymi żalu, zdumienia i łez.
— Nie wyjeżdżaj. Mamo, zabierz mnie ze sobą — podjął ostatnią próbę, chwytając jej płaszcz.
Dłonie „babci” boleśnie ścisnęły jego ramiona. Z zaskoczenia Szymon puścił płaszcz. Mama natychmiast zamknęła za sobą drzwi. Chłopiec zaczął krzyczeć, wołać ją, szarpać klamkę.
— Nie wrzeszcz! Ogluchłam — powiedziała „babcia” i puściła jego ramiona. — SkSzymon w końcu zrozumiał, że przebaczenie nie przyszło łatwo, ale gdy zobaczył swojego syna, uśmiechającego się tak samo jak on kiedyś, poczuł, że może jednak zamknąć ten rozdział i iść dalej.



