– Mamo, teraz naprawdę nie ma sensu przyjeżdżać. Zastanów się sama – długa droga, całą noc w pociągu, a Ty już nie młoda. Po co Ci ten kłopot? Poza tym wiosna, w ogrodzie na pewno masz masę pracy – mówił mi syn. – Synku, ale jak to po co? Tak dawno się nie widzieliśmy… I na Twoją żonę bardzo chcę popatrzeć, jak to mówią, trzeba się z synową bliżej poznać – odpowiedziałam szczerze. – To zróbmy tak: poczekaj jeszcze do końca miesiąca, wtedy my wszyscy przyjedziemy do Ciebie, akurat na Wielkanoc będzie więcej dni wolnych – uspokoił mnie syn. Choć byłam już gotowa wyjeżdżać, zaufałam mu i zgodziłam się czekać w domu. Niestety – nikt do mnie nie przyjechał. Kilka razy dzwoniłam do syna, ale odrzucał połączenia. Potem sam oddzwonił, tłumacząc, że jest bardzo zajęty, więc nie powinnam go już wyglądać. Bardzo mnie to dotknęło. Tak szykowałam się na przyjazd syna z synową. Ożenił się już pół roku temu, a ja własnej synowej jeszcze ani razu nie widziałam. Swojego syna, Olka, urodziłam – jak to mówią – dla siebie. Byłam już po trzydziestce, nie wyszłam za mąż, więc zdecydowałam, że przynajmniej dziecko sobie urodzę. Może to grzech, ale nigdy nie żałowałam tej decyzji, choć często miałam pod górkę – pieniędzy nie było, ledwo wiązałyśmy koniec z końcem. Zawsze podejmowałam się dodatkowych prac, byleby moje dziecko miało wszystko, co niezbędne. Syn dorósł i pojechał na studia do Warszawy. Aby go wesprzeć na początku, nawet wyjeżdżałam do pracy do Niemiec, by przesyłać mu pieniądze na mieszkanie i naukę. Moje matczyne serce cieszyło się na myśl, że mogę mu pomóc. Już na trzecim roku studiów Olek dorabiał, sam się utrzymywał. Po studiach znalazł pracę i stał się samodzielny. Do domu wpadał rzadko, raz do roku. Ja w Warszawie – wstyd się przyznać – nigdy nie byłam. Pomyślałam sobie, że jak syn będzie się żenił, na pewno się wybiorę. Na ten dzień odkładałam nawet pieniądze – uzbierałam 15 tysięcy złotych. Pół roku temu zadzwonił z długo wyczekiwaną wiadomością – bierze ślub. – Mamo, ale nie przyjeżdżaj, bo teraz tylko podpiszemy dokumenty, a wesele zrobimy później – uprzedził mnie syn. Było mi trochę smutno, ale cóż… Syn poznał mnie z synową przez wideorozmowę. Dziewczyna wydaje się sympatyczna. Bardzo ładna. I bogata. Teść – jej ojciec – to jakiś wielki przedsiębiorca. Pozostało mi tylko cieszyć się, że synowi tak się powiodło. Mijały jednak kolejne miesiące, a syn nie przyjeżdżał i mnie do siebie nie zapraszał. Bardzo chciałam poznać synową i uścisnąć syna, więc w końcu spakowałam się, kupiłam bilet do Warszawy, przygotowałam jedzenie z domu – nawet sama upiekłam chleb, przygotowałam trochę przetworów – i ruszyłam w drogę. Zadzwoniłam do syna tuż przed wejściem do pociągu. – No co Ty, mamo?! Po co? Jestem w pracy, nawet Cię nie odbiorę z dworca. Dam Ci adres, weź sobie taksówkę – usłyszałam od Olka. Rano dotarłam do Warszawy, wsiadłam w taksówkę – byłam w szoku, ile kosztuje przejazd! Ale przynajmniej mogłam nacieszyć oczy pięknym widokiem porannej stolicy. Drzwi otworzyła mi synowa. Nawet się nie uśmiechnęła, nie przytuliła. Sucho zaprosiła mnie na kuchnię. Syna w domu już nie było – wcześnie wyszedł do pracy. Rozpakowałam siatki: ziemniaki, buraki, jajka, suszone jabłka, grzybki marynowane, ogórki, pomidory, kilka słoików dżemów. Synowa patrzyła bez słowa, po czym oznajmiła, że niepotrzebnie to wszystko przywiozłam – oni takiego jedzenia nie jedzą, a gotować i tak nie zamierza. – To co jecie? – zapytałam zdziwiona. – Codziennie zamawiamy jedzenie z dostawą. Nie lubię gotować, bo potem w kuchni długo czuć zapach – odpowiedziała Ilona. Nim ochłonęłam po tych słowach, na kuchnię wszedł mały chłopczyk, 3–3,5 roku. – Poznajcie się. To mój syn, Daniel – przedstawiła go synowa. – Danielek? – upewniłam się. – Nie, Daniel. Nie lubię, jak ktoś przekręca imiona. – Dobrze, jak wolisz, Ilonko. – Jestem Ilona, nie Ilonka. W mieście nikt nie przekręca imion. Ale skąd Wy możecie o tym wiedzieć… Chciało mi się płakać. I to nie dlatego, że syn wziął za żonę kobietę z dzieckiem – tylko że mi o tym nawet nie powiedział. A to nie był koniec niespodzianek. Spojrzałam na ścianę – wielkie zdjęcie ze ślubu. – O, nie było wesela, ale przynajmniej pamiątkowe zdjęcia macie – zagadnęłam, by rozładować atmosferę. – Jak to nie było wesela? Było na 200 osób. Tylko Ciebie nie było – Olek mówił, że jesteś chora. Pewnie dobrze się stało, jak się stało – odpowiedziała Ilona, mierząc mnie wzrokiem od stóp do głów. – Śniadanie? – zapytała. – Poproszę… Postawiła przede mną filiżankę herbaty i kilka plasterków drogiego sera. To według niej znaczyło śniadanie. A przecież po podróży człowiek głodny, chciałam usmażyć jajecznicę, miałam domowy chleb. Ale synowa zabroniła smażyć jajka, bo „będzie śmierdziało w kuchni”. Chleba nie ruszyła – stwierdziła, że ona i Olek jedzą tylko zdrowe rzeczy. Już i ja odechciałam się jeść. Było mi przykro, że syn wstydził się zaprosić mnie na ślub, na który tyle lat czekałam i nawet zbierałam pieniądze. Siedziałam z herbatą w ręku. Cisza taka nienaturalna… Po chwili podszedł do mnie chłopiec, przytulił się. Chciałam go objąć, ale Ilona zaczęła wymachiwać rękami, że nie wolno – „bo nie wiadomo, z czym pani przyszła, a to przecież dziecko”. Dla niego nic specjalnego nie miałam, więc podałam mu słoik malinowego dżemu: „Będzie miał smakołyk do naleśników!” Synowa od razu wyrwała mi słoik, mówiąc: – Ile razy mówiłam? My jesteśmy na zdrowej diecie, nie jemy cukru! Wiedziałam, że zaraz się rozpłaczę. Nie dopiłam nawet herbaty. Wyszłam do przedpokoju i zaczęłam się ubierać. Synowa nic nie powiedziała, nie spytała, dokąd idę. Wyszłam pod blok, usiadłam na ławce i się rozpłakałam. Tak źle jeszcze nigdy się nie czułam. Po chwili widzę, jak synowa wychodzi z dzieckiem i wynosi wszystkie moje przetwory na śmietnik. Brakło mi słów. Kiedy odeszła, wzięłam wszystko z powrotem do toreb i ruszyłam na dworzec. Miałam szczęście, bo ktoś oddał bilet i mogłam kupić na wieczór powrotny. Przy dworcu była bar mleczny – zamówiłam sobie barszcz, kawałek smażonego mięsa, ziemniaki z surówką. Byłam już bardzo głodna. Zapłaciłam sporo, ale pomyślałam – czyż nie zasługuję, by zjeść coś smacznego? Toreb nie musiałam nosić – zostawiłam je w przechowalni i miałam jeszcze parę godzin, żeby pospacerować po Warszawie. Miasto naprawdę mi się spodobało. Nawet trochę zapomniałam o swojej sytuacji. W pociągu nie zmrużyłam oka. Tylko płakałam. Było mi przykro – syn nie zadzwonił nawet raz, żeby zapytać, gdzie jestem. Prędzej spodziewałabym się śniegu w lipcu, niż tego, jak mnie potraktował mój własny syn. Mój jedyny syn, w którego pokładałam tyle nadziei. Okazało się, że jestem mu niepotrzebna. I teraz zastanawiam się, co zrobić z pieniędzmi, które odkładałam na jego wesele. Dać mu te 15 tysięcy, żeby wiedział, że mama zawsze o nim pamięta? A może nie dawać nic, bo na to nie zasłużył?

Nie, mamo, teraz to już kompletnie nie ma sensu przyjeżdżać. Zastanów się sama daleka podróż, cała noc w pociągu, a Ty już nie jesteś nastolatką. Po co Ci te wszystkie niewygody? A wiosna, na działce pracy pewnie masz po uszy mówi mi syn.

Synu, a po co? A choćby po to, że dawno się nie widzieliśmy! I na żonę Twoją bardzo chciałabym zerknąć, jak to mówią, przyszłoby się wreszcie z synową poznać odpowiadam szczerze, jak jest.

To się umówmy tak: poczekaj do końca miesiąca, wtedy my wszyscy przyjedziemy do Ciebie, akurat na Wielkanoc będzie długi weekend uspokoił mnie syn.

Szczerze mówiąc, już byłam spakowana duchowo na wyjazd, ale mu uwierzyłam, zgodziłam się, że nigdzie nie jadę, tylko czekam na nich w domu.

I oczywiście nikt nie przyjechał. Kilka razy dzwoniłam do syna, ale odrzucał połączenia. Potem oddzwonił, powiedział, że jest bardzo zajęty, więc żebym go nie wyczekiwała.

Było mi bardzo przykro. Przygotowywałam się przecież na przyjazd syna z synową. Ożenił się pół roku temu, a ja synowej na oczy nie widziałam.

Syna mojego, Pawła, urodziłam jak to się mawia sama dla siebie. Już miałam trzydzieści lat i do ślubu mi nie było. Pomyślałam sobie: urodzę sobie chociaż dziecko.

Może to był grzech, ale nie żałowałam tej decyzji ani przez chwilę, choć łatwo nie było, pieniędzy ledwo starczało, bardziej przeżywałyśmy niż żyłyśmy. Pracowałam na dwóch etatach, żeby moje dziecko miało wszystko, co trzeba.

Paweł podrósł i wyjechał na studia do Warszawy. Żeby go wesprzeć na początku, sama pojechałam na saksy do Niemiec, żeby przesyłać mu potrzebne złotówki na studia i mieszkanie w stolicy. Serce matki rosło, że mogłam syna wesprzeć.

Od trzeciego roku studiów zaczął sam dorabiać, a po dyplomie już sobie radził bez mojej pomocy.

Do domu przyjeżdżał rzadko, raz w roku może. A ja w Warszawie, wstyd się przyznać, nigdy nie byłam.

Pomyślałam, że jak się będzie żenił, to pojadę na pewno. Zaczęłam nawet składać na ten cel pieniądze. Uzbierałam 75 tysięcy złotych.

Pół roku temu zadzwonił syn i wreszcie usłyszałam upragnioną nowinę żeni się.

Mamo, ale nie przyjeżdżaj teraz, tylko się podpiszemy, a wesele zrobimy później ostrzegł.

Zasmuciłam się, ale cóż Paweł poznał mnie z synową przez wideo. Dziewczyna, powiedzmy, sympatyczna. Ładna. I bogata. Teść, jej ojciec, jakiś prominentny biznesmen. Pozostało się tylko cieszyć, że synowi się powiodło.

Czas leciał, a syn do mnie nie przyjeżdża ani nie zaprasza do siebie. Nie wytrzymałam, wykupiłam bilet na pociąg, zapakowałam wałówkę, upiekłam sama chleb, wzięłam trochę konfitur i ruszyłam. Zadzwoniłam do syna tuż przed wejściem do wagonu.

No mamo, Ty to potrafisz! Po co? Ja w pracy, nawet Cię nie odbiorę z dworca. Podaję adres, weź sobie taksówkę powiedział Paweł.

Dojechałam rano do Warszawy, zamówiłam taksówkę i o mało nie zemdlałam, jak zobaczyłam ile kosztuje jazda przez miasto. Ale poranny widok stolicy z okna wynagrodził wszystko.

Drzwi otworzyła synowa. Nawet się nie uśmiechnęła. Nie przywitała się, tylko suchym tonem zaprosiła mnie do kuchni. Syna już nie było wyszedł do pracy.

Rozpakowałam siatki: ziemniaki, buraki, jajka, suszone jabłka, marynowane grzybki, ogóreczki, pomidorki, trochę dżemów. Synowa tylko patrzyła, aż w końcu rzuciła: szkoda było tego przywozić, bo oni takich rzeczy nie jedzą, a ona w domu i tak nie gotuje.

A co jecie? dopytuję, nie rozumiem.

My tylko z dostawy. Gotować nie lubię, bo potem w kuchni śmierdzi smażeniem, a zapach trudno wywietrzyć mówi Natalia.

Nagle do kuchni wchodzi dziecko, chłopczyk ze trzy, trzy i pół roku.

Poznaj, to mój syn. Staś mówi synowa.

Staszek? upewniam się.

Nie, Staś. Nie lubię, jak przekręcają imiona.

Dobrze, jak wolisz, Natalio.

I nie jestem żadną Natalką. Natalia. W Warszawie się nie zdrabnia ale skąd Ty możesz to wiedzieć

Chciało mi się płakać. Wcale nie przez to, że syn wziął sobie żonę z dzieckiem, tylko że nawet mi słowem o tym nie wspomniał.

A to nie był koniec niespodzianek. Zerknęłam na ścianę i zobaczyłam wielki ślubny portret.

To dobrze, że choć zdjęcia ładne zrobiliście, skoro wesela nie było próbuję zagadać.

Jak to nie było? Było, na 200 osób. Tylko Ciebie nie było, Paweł mówił, że chorowałaś. Może to i lepiej odeskortowała mnie wzrokiem od stóp do głów.

Zjesz śniadanie?

Zjem

Natalia postawiła przede mną filiżankę herbaty i kilka kawałków szwajcarskiego sera. Wg niej śniadanie.

Ja tak nie umiem! Z samego rana człowiek musi dobrze zjeść, zwłaszcza po podróży Myślę, podsmażę jajka, chleb swojski przywiozłam Ale synowa stanowczo zabroniła smażyć jajecznicy ponoć zapach.

Chleba nawet nie dotknęła, tłumacząc, że oboje z Pawłem są na zdrowej diecie.

Już nawet nie chciałam jeść. Tak mi było przykro, że syn nawet nie zaprosił mnie na ślub. Tyle lat czekałam na tę okazję, pieniądze odkładałam a wyszło nici.

Siorbię tę herbatę, synowa milczy. Atmosfera drętwa jak styczniowy poranek. Wtem dzieciak podbiega i tuli się do mnie. Chcę przytulić chłopca, a Natalia aż macha rękami, że nie wolno, bo nie wiadomo, co przywiozłam, a dziecko delikatne.

Upominków dla małego nie miałam, więc dałam mu słoik malinowego dżemu. Będziesz miał pyszne do naleśników! mówię.

Synowa wyrywa mi słoik z ręki: Ile razy powtarzać? Jesteśmy na diecie! Cukru nie jemy!

Poczułam, że zaraz się rozpłaczę. Herbaty nawet nie dopiłam. Poszłam do przedpokoju, zaczęłam się ubierać. Synowa ani nie zapytała dokąd idę, ani nie spojrzała.

Wyszłam pod blok, usiadłam na ławeczce i się popłakałam. Nigdy w życiu tak mi nie było przykro.

Po pewnym czasie widzę synowa wychodzi z dzieckiem i wszystkie moje przysmaki do śmietnika wyrzuca.

Ręce mi opadły. Jak odeszła, zebrałam wszystko z powrotem i ruszyłam na dworzec. Traf chciał, że ktoś oddał bilet kupiłam na wieczór do domu.

Przy dworcu był bar. Kupiłam sobie talerz barszczu, kawał schabu, ziemniaki z surówką. Głodna byłam okrutnie. Zapłaciłam niemało, ale czy nie zasłużyłam na porządny obiad?

Siatki zostawiłam w przechowalni bagażu, miałam parę godzin na spacer po Warszawie. Miasto mi się spodobało, nawet trochę się oderwałam od smutków.

W pociągu nie spałam. Płakałam. Przykro mi było syn nawet nie zadzwonił, nie zapytał, gdzie jestem.

Prędzej bym w lipcu śniegu się spodziewała niż tego, jak mnie syn potraktuje. Jedyny syn, tyle nadziei pokładałam, a na koniec okazałam się dla niego zbędna.

I teraz się zastanawiam, co zrobić z tymi pieniędzmi, co na wesele odkładałam. Oddać mu te 75 tysięcy i niech wie, że mama zawsze pamięta? Czy nie dawać bo i tak nie zasłużył?

Rate article
Fajna Tajna
– Mamo, teraz naprawdę nie ma sensu przyjeżdżać. Zastanów się sama – długa droga, całą noc w pociągu, a Ty już nie młoda. Po co Ci ten kłopot? Poza tym wiosna, w ogrodzie na pewno masz masę pracy – mówił mi syn. – Synku, ale jak to po co? Tak dawno się nie widzieliśmy… I na Twoją żonę bardzo chcę popatrzeć, jak to mówią, trzeba się z synową bliżej poznać – odpowiedziałam szczerze. – To zróbmy tak: poczekaj jeszcze do końca miesiąca, wtedy my wszyscy przyjedziemy do Ciebie, akurat na Wielkanoc będzie więcej dni wolnych – uspokoił mnie syn. Choć byłam już gotowa wyjeżdżać, zaufałam mu i zgodziłam się czekać w domu. Niestety – nikt do mnie nie przyjechał. Kilka razy dzwoniłam do syna, ale odrzucał połączenia. Potem sam oddzwonił, tłumacząc, że jest bardzo zajęty, więc nie powinnam go już wyglądać. Bardzo mnie to dotknęło. Tak szykowałam się na przyjazd syna z synową. Ożenił się już pół roku temu, a ja własnej synowej jeszcze ani razu nie widziałam. Swojego syna, Olka, urodziłam – jak to mówią – dla siebie. Byłam już po trzydziestce, nie wyszłam za mąż, więc zdecydowałam, że przynajmniej dziecko sobie urodzę. Może to grzech, ale nigdy nie żałowałam tej decyzji, choć często miałam pod górkę – pieniędzy nie było, ledwo wiązałyśmy koniec z końcem. Zawsze podejmowałam się dodatkowych prac, byleby moje dziecko miało wszystko, co niezbędne. Syn dorósł i pojechał na studia do Warszawy. Aby go wesprzeć na początku, nawet wyjeżdżałam do pracy do Niemiec, by przesyłać mu pieniądze na mieszkanie i naukę. Moje matczyne serce cieszyło się na myśl, że mogę mu pomóc. Już na trzecim roku studiów Olek dorabiał, sam się utrzymywał. Po studiach znalazł pracę i stał się samodzielny. Do domu wpadał rzadko, raz do roku. Ja w Warszawie – wstyd się przyznać – nigdy nie byłam. Pomyślałam sobie, że jak syn będzie się żenił, na pewno się wybiorę. Na ten dzień odkładałam nawet pieniądze – uzbierałam 15 tysięcy złotych. Pół roku temu zadzwonił z długo wyczekiwaną wiadomością – bierze ślub. – Mamo, ale nie przyjeżdżaj, bo teraz tylko podpiszemy dokumenty, a wesele zrobimy później – uprzedził mnie syn. Było mi trochę smutno, ale cóż… Syn poznał mnie z synową przez wideorozmowę. Dziewczyna wydaje się sympatyczna. Bardzo ładna. I bogata. Teść – jej ojciec – to jakiś wielki przedsiębiorca. Pozostało mi tylko cieszyć się, że synowi tak się powiodło. Mijały jednak kolejne miesiące, a syn nie przyjeżdżał i mnie do siebie nie zapraszał. Bardzo chciałam poznać synową i uścisnąć syna, więc w końcu spakowałam się, kupiłam bilet do Warszawy, przygotowałam jedzenie z domu – nawet sama upiekłam chleb, przygotowałam trochę przetworów – i ruszyłam w drogę. Zadzwoniłam do syna tuż przed wejściem do pociągu. – No co Ty, mamo?! Po co? Jestem w pracy, nawet Cię nie odbiorę z dworca. Dam Ci adres, weź sobie taksówkę – usłyszałam od Olka. Rano dotarłam do Warszawy, wsiadłam w taksówkę – byłam w szoku, ile kosztuje przejazd! Ale przynajmniej mogłam nacieszyć oczy pięknym widokiem porannej stolicy. Drzwi otworzyła mi synowa. Nawet się nie uśmiechnęła, nie przytuliła. Sucho zaprosiła mnie na kuchnię. Syna w domu już nie było – wcześnie wyszedł do pracy. Rozpakowałam siatki: ziemniaki, buraki, jajka, suszone jabłka, grzybki marynowane, ogórki, pomidory, kilka słoików dżemów. Synowa patrzyła bez słowa, po czym oznajmiła, że niepotrzebnie to wszystko przywiozłam – oni takiego jedzenia nie jedzą, a gotować i tak nie zamierza. – To co jecie? – zapytałam zdziwiona. – Codziennie zamawiamy jedzenie z dostawą. Nie lubię gotować, bo potem w kuchni długo czuć zapach – odpowiedziała Ilona. Nim ochłonęłam po tych słowach, na kuchnię wszedł mały chłopczyk, 3–3,5 roku. – Poznajcie się. To mój syn, Daniel – przedstawiła go synowa. – Danielek? – upewniłam się. – Nie, Daniel. Nie lubię, jak ktoś przekręca imiona. – Dobrze, jak wolisz, Ilonko. – Jestem Ilona, nie Ilonka. W mieście nikt nie przekręca imion. Ale skąd Wy możecie o tym wiedzieć… Chciało mi się płakać. I to nie dlatego, że syn wziął za żonę kobietę z dzieckiem – tylko że mi o tym nawet nie powiedział. A to nie był koniec niespodzianek. Spojrzałam na ścianę – wielkie zdjęcie ze ślubu. – O, nie było wesela, ale przynajmniej pamiątkowe zdjęcia macie – zagadnęłam, by rozładować atmosferę. – Jak to nie było wesela? Było na 200 osób. Tylko Ciebie nie było – Olek mówił, że jesteś chora. Pewnie dobrze się stało, jak się stało – odpowiedziała Ilona, mierząc mnie wzrokiem od stóp do głów. – Śniadanie? – zapytała. – Poproszę… Postawiła przede mną filiżankę herbaty i kilka plasterków drogiego sera. To według niej znaczyło śniadanie. A przecież po podróży człowiek głodny, chciałam usmażyć jajecznicę, miałam domowy chleb. Ale synowa zabroniła smażyć jajka, bo „będzie śmierdziało w kuchni”. Chleba nie ruszyła – stwierdziła, że ona i Olek jedzą tylko zdrowe rzeczy. Już i ja odechciałam się jeść. Było mi przykro, że syn wstydził się zaprosić mnie na ślub, na który tyle lat czekałam i nawet zbierałam pieniądze. Siedziałam z herbatą w ręku. Cisza taka nienaturalna… Po chwili podszedł do mnie chłopiec, przytulił się. Chciałam go objąć, ale Ilona zaczęła wymachiwać rękami, że nie wolno – „bo nie wiadomo, z czym pani przyszła, a to przecież dziecko”. Dla niego nic specjalnego nie miałam, więc podałam mu słoik malinowego dżemu: „Będzie miał smakołyk do naleśników!” Synowa od razu wyrwała mi słoik, mówiąc: – Ile razy mówiłam? My jesteśmy na zdrowej diecie, nie jemy cukru! Wiedziałam, że zaraz się rozpłaczę. Nie dopiłam nawet herbaty. Wyszłam do przedpokoju i zaczęłam się ubierać. Synowa nic nie powiedziała, nie spytała, dokąd idę. Wyszłam pod blok, usiadłam na ławce i się rozpłakałam. Tak źle jeszcze nigdy się nie czułam. Po chwili widzę, jak synowa wychodzi z dzieckiem i wynosi wszystkie moje przetwory na śmietnik. Brakło mi słów. Kiedy odeszła, wzięłam wszystko z powrotem do toreb i ruszyłam na dworzec. Miałam szczęście, bo ktoś oddał bilet i mogłam kupić na wieczór powrotny. Przy dworcu była bar mleczny – zamówiłam sobie barszcz, kawałek smażonego mięsa, ziemniaki z surówką. Byłam już bardzo głodna. Zapłaciłam sporo, ale pomyślałam – czyż nie zasługuję, by zjeść coś smacznego? Toreb nie musiałam nosić – zostawiłam je w przechowalni i miałam jeszcze parę godzin, żeby pospacerować po Warszawie. Miasto naprawdę mi się spodobało. Nawet trochę zapomniałam o swojej sytuacji. W pociągu nie zmrużyłam oka. Tylko płakałam. Było mi przykro – syn nie zadzwonił nawet raz, żeby zapytać, gdzie jestem. Prędzej spodziewałabym się śniegu w lipcu, niż tego, jak mnie potraktował mój własny syn. Mój jedyny syn, w którego pokładałam tyle nadziei. Okazało się, że jestem mu niepotrzebna. I teraz zastanawiam się, co zrobić z pieniędzmi, które odkładałam na jego wesele. Dać mu te 15 tysięcy, żeby wiedział, że mama zawsze o nim pamięta? A może nie dawać nic, bo na to nie zasłużył?